...:Poszukiwana:...
MortycjaM
Mogłbym o sobie powiedzieć wiele. Ale rzeknę tylko: Jestem Tym Kim Jestem
Zobacz mój profil
Statystyki
ci co przewertowali pamiętnik
 
2300
ci co podpisali się niezmywalnym atramentem
 
98
ci, którzy wyryli swe imię na okładce
 
3
 
http://www.facebook.com/pages/MortycjaM/140196236002524

Kartki z pamiętnika
piątek, 30 wrzesień 2011, 12:16 Landra Navarro - cz. 2.
Landra nie była jedyną panna Navarro, jaką poznała Minerva. Oprócz niej była jeszcze Milagros, najmłodsza latorośl tego hiszpańskiego rodu. Stanowiła ona kompletne przeciwieństwo i zaprzeczenie siostry – była cicha i spokojna. Minerva zaprzyjaźniła się z nią w Klubie Gargulkowym, do którego obie należały. Ich znajomość okazała się na tyle trwała, że nawet po opuszczeniu Hogwartu przez moją siostrzyczkę, utrzymywały ze sobą kontakt. Nić przyjaźni tych dwóch kobiet wytrzymała nawet próbę, jaką był powrót Milagros do rodzinnej Hiszpanii. Sowy, co prawda, odbywały długie podróże i mijało kilka tygodni, nim wracały z odpowiedzią, ale dziewczęta nie zrażone tym starały się utrzymać jak najserdeczniejsze stosunki. A kiedy po śmierci pani Navarro, Milagros zdecydowała się opuścić rodzinne strony, gdyż nic jej już tam nie trzymało, i przybyć do Anglii, w której miała przyjaciół, swoje pierwsze kroki skierowała do siedziby McGonagallów w Ayr, naszego rodzinnego domu.
To Minerva doradziła, aby Milagros zatrzymała się w Hogsmead i może próbowała znaleźć tam jakąś posadę. A nawet spróbować swoich sił jako nauczycielka w Hogwarcie. Jednak stało się inaczej – młodsza panna Navarro poznała i pokochała sporo starszego od niej Aberfortha Dumbledore’a. A kiedy okazało się, że wezmą ślub, Minerva przybyła aby pomóc im w przygotowaniach. Wtedy też okazało się, że tak niewinne zajęcie może stać się zarzewiem konfliktu. Ustalanie listy gości weselnych stanowiło pretekst, by odkopać różdżkę niezgody z Landrą.

***
Działo się to w trakcie przygotowań Milagros do ślubu.
- Jesteś pewna, że chcesz zaprosić Landrę? – zapytała Minerva, wymawiając imię swojej rywalki z lekką pogardą.
- Przede wszystkim jest moją siostrą i powinnam, bez względu na to, jakie mamy stosunki, zaprosić ją na mój ślub – odparła nieco nachmurzona Milagros.
- Przecież wiesz dobrze, że nie przyjedzie. Ba, obstawiam nawet, że nie przyśle sowy z życzeniami – przekonywała moja siostra.
Jednak Hiszpanka za nic w świecie, nie chciała słyszeć o takiej możliwości i, mimo ostrzeżeń Minervy, posłała zaproszenie rodzeństwu.
Wbrew pesymistycznym przewidywaniom mojej siostry, Milagros na tydzień przed ślubem otrzymała sowę z gratulacjami od Landry i Alejandro, którzy jednak nie zjawili się na ceremonii, dzięki czemu Minerva znalazła sobie powód do narzekania. Nie myślcie jednak, że tak bardzo jej zależało na przyjeździe starszej z panien Navarro, po prostu musiała mieć jakąś wymówkę, żeby swobodnie wieszać psidawki na hiszpańskiej piękności.
Później było już tylko gorzej – na chrzcinach swojej siostrzenicy, Gracii, Landra również się nie pojawiła, tym razem nie przysyłając nawet żadnej sowy z gratulacjami. Nieco z musu, a nieco na złość siostrze swojej przyjaciółki, Minerva zgodziła się zostać matką chrzestną córki Milagros.

***
Potem przez jakiś czas było lepiej, ale tylko dlatego, że Landra trzymała się z daleko od Anglii i nie dawała żadnych oznak życia poza sporadycznie przysyłanymi kartkami, czy to z okazji imienin albo świąt.
Milagros, od dziecka chorowita i delikatna, nie była przyzwyczajona do trybu życia, jaki prowadziła w Hogsmead u boku męża. To było ciężkie życie, wyczerpujące i nie dające czasu na wytchnienie. Osłabiło i tak słaby organizm pani Dumbledore i doprowadziła do tego, że zapadła na wyjątkowo ciężką odmianę skrofungulusa.
Aby ułatwić życie przyjaciółce, pomóc przy prowadzeniu domu i opiece nad dzieckiem, Minerva opuściła Ayr i przybyła do Hogsmead. Opiekowała się Milagros, która uparcie odmawiała udania się do Świętego Munga, doglądała gospodarstwa, zajmowała się Gracią, kiedy Aberforth był w pubie.
Nagle i niespodziewanie stan Milagros się pogorszył, uzdrowiciele nie rokowali szans na wyzdrowienie, zwłaszcza, że organizm pani Dumbledore był bardzo mocno osłabiony i wyraźnie przegrywał z chorobą. Wtedy po raz pierwszy Minerva sama, z własnej, nieprzymuszonej woli, napisała do Alejandra, brata Milagros i Landry.
Jak wielkie zaskoczenie było Minervy, kiedy na progu domu państwa Dumbledore w Hogsmead stanęła druga z panien Navarro. Od razu wywróciła wszystko do góry nogami. Przejęła stery od mojej siostrzyczki, wyraźnie dając jej do zrozumienia, że nie ma dla niej miejsca w tym domu. Chcąc nie chcą, Minerva zaczęła coraz rzadziej odwiedzać przyjaciółkę, aż w końcu po awanturze, która wybuchła między nią a Landrą, w której Hiszpanka zrzuciła odpowiedzialność za beznadziejny stan Milagros na pannę McGonagall, moja siostra zrezygnowała z wizyt w domu Aberfortha.
Milagros zmarła pięknego sierpniowego dnia roku 1956. Landra zajęta przygotowaniami do pogrzebu, nie powiadomiła Minervy o tym tragicznym wydarzeniu i ostatecznie doszło do tego, że o śmierci przyjaciółki wyczytała w nekrologu załączonym do Proroka Codziennego z następnego dnia.

* * *
Minerva uznała, że mimo braku zaproszenia, powinna udać się na pogrzeb przyjaciółki. Teleportowała się na obrzeże Hogsmead, przeszła przez wioskę i odnalazła mały cmentarz położony na samym skraju osady.
Zgromadzonych nad trumną Milagros nie było wielu. Moja siostra rozpoznała wśród nich Landrę, wedle Minervy ubraną zbyt wyzywająco jak na pogrzeb. Obok panny Navarro stał jej brat, Alejandro, młody hiszpański minister magii. Gdzieś z tyłu kulił się zrozpaczony Aberforth, a obok niego ze zwieszoną główką stała Gracia. Poza nimi na cmentarzu było jeszcze kilka osób – w większości Hiszpanów.
Przybycie Minervy wywołało poruszenie. Najpierw w jej stronę odwróciła się Landra, zaciskając gniewnie usta. Jednak to nie ona podeszła do McGonagall. Ku wielkiemu zdziwieniu Szkotki, to starszy brat panien Navarro, Alejandro, opuścił swoje miejsce i wyszedł jej na spotkanie.
- To rodzinna uroczystość. Nikt obcy nie powinien się tu znaleźć. Nie chcemy, by całe Hogsmead się tutaj zleciało – powiedział z mocnym hiszpańskim akcentem.
- Jestem matką chrzestną Gracii. Byłam najlepszą przyjaciółką Twojej zmarłej siostry. Byłam przy jej ślubie i przy narodzinach jej córki. Byłam przy niej, kiedy potrzebowała rodziny, a was nie było. Byłam jej jedyną rodziną tutaj. Czy to nie wystarczy, aby pozwolono pożegnać się z przyjaciółką?
- Czy nie wyraziłem się jasno, panno… - Alejandro spojrzał na Minervę, szukając jej nazwiska w pamięci – panno…
- McGonagall. Minerva McGonagall.
- ...panno McGonagall? Wolą rodziny jest to, aby w uroczystości uczestniczyła tylko najbliższa rodzina zmarłej. Nie chcemy obcych, nie chcemy nikogo spoza grona najbliższej rodziny.
- A jaka była wola Milagros? Bo jeśli jej życzeniem było, aby jej najbliższa przyjaciółka nie została wpuszczona na uroczystości pogrzebowe i oglądała wszystko zza płotu cmentarza, to ja się dostosuję. Ale jeśli…
- Milagros – przerwał Alejandro – nie zostawiła żadnych wytycznych, jeśli chodzi o swój pogrzeb.
- Zatem nie chciała, abyście przewracali jej świat do góry nogami! – zirytowana Minerva podniosła głos. – Nie było was, gdy was potrzebowała. Zjawiliście się, kiedy było już za późno, a teraz wszystko mieszacie!
- Nie jesteś tu mile widziana – Alejandro niezauważalnie zadygotał. Ze złości. - Wróć, kiedy nas już tutaj nie będzie.
Minerva nie wycofała się jednak z cmentarza, oddaliła się jednak nieco od zgromadzonych nad trumną Milagros. Chrzestna matka Gracii Dumbledore, przechadzała się pomiędzy grobowcami, oddalając się, to zbliżając do zgromadzonych. Ceremonia trwała, a Minerva spacerowała po cmentarzyku, co jakiś czas spoglądając ku zgromadzonej nad trumną rodziny.
Po dłuższym czasie rodzina poczęła się rozchodzi. Najpierw miejsca opuścili panowie Alejandro Navarro oraz Aberforth Dumbledore. Za nimi dreptała zapłakana Gracia, popychana przez jakąś starszą Hiszpankę. Landra wciąż stała nad grobem siostry.
Kiedy spostrzegła zbliżającą się Minervę, na jej twarzy zagościł grymas złości. Wyszła jej na spotkanie.

* * *
Ludzie z Hogsmead powiadali, że tamtego dnia na cmentarzu, nad grobem Milagros Dumbledore, o mało nie odbył się pojedynek czarownic. Jednak wioskowi ludzie zazwyczaj przesadzają w swoich opowieściach. Nikt tak naprawdę nie był na tyle blisko, aby wiedzieć, co się tam stało. Wiedzą o tym tylko Minerva i Landra.
Mi pozostaje się tylko domyślać, co tak naprawdę tam zaszło. Żadna z pań nie wyciągnęła jednak różdżki. Zarówno porywcza Landra, jak i spokojna Minerva, zdawały sobie sprawę z tego, że wyciąganie różdżek w takim dniu i miejscu, nad świeżo zasypanym grobem Milagros nie jest najlepszym pomysłem.
Ostatecznie skończyło się na zwykłych złośliwostkach. Znając Landrę, pewnie zamiast powitania rzuciła uwagę na temat „szkockiej kraty, która jest wiecznie żywa” (tak, Minerva wybrała się na pogrzeb przyjaciółki, ubrana w swoje ukochane kratki, oczywiście w odpowiednio stonowanych kolorach), co oczywiście spotkało się z natychmiastową ripostą mojej siostrzyczki, która również nie mogła się powstrzymać, żeby nie skomentować stroju przeciwniczki.
Potem wszystko poszło tak jak zazwyczaj przy ich kłótniach, choć była najprawdopodobniej ich największa sprzeczka. Landra klęła po hiszpańsku i katalońsku, Minerva, nie pozostając jej dłużna, używała takich obelg, których nigdy wcześniej ani nigdy później już nie wypowiedziała, a na samo ich wspomnienie czerwieniła się ze wstydu.

poniedziałek, 02 maj 2011, 23:54 Landra Navarro - cz. 1.
Landra, choć miała pewne obawy, wyraziła chęć przybycia do Hogwartu. Przede wszystkim bała się o moje relacje z Minervą, kiedy ta się dowie, że zaprosiłam pannę Navarro do Hogwartu. W listach zapewniałam ją jednak, że nie ma podstaw do zmartwienia – poradzę sobie jakoś z Minervą, najwyżej mi szlaban wlepi. A, jak napisałam to w liście do Landry, to nie będzie pierwszy czy ostatni szlaban, jaki otrzymam w trakcie mojej magicznej edukacji.
Mimo wszystkich obaw Landra cieszyła się na samą myśl, o przyjeździe do Hogwartu. A przede wszystkim cieszyła ją perspektywa spotkania z Albusem, którym nigdy nie mogła nacieszyć się tyle, ile by chciała.
***
- Zaprosiłaś Landrę do Hogwartu? – zapytał z lekkim niedowierzaniem Cedric, odrywając się od lektury „Diabłów XV wieku”.
- Tak. Przede wszystkim dlatego, aby na miejscu mogła przyjrzeć się sprawie Quirella.
- Ale, to nie jedyny powód, prawda?
- Zbyt dobrze mnie znasz – powiedziałam i uśmiechnęłam się złowieszczo. Tak, złowieszczo, bo moje zamiary były złowieszcze. – Mam zamiar zagrać trochę na nosie Minervie. Tak tylko troszeczkę, żeby nie miała za dobrze.
- Doigrasz się kiedyś, wiesz?
- Najwyżej mnie znienawidzi. W sumie to byłoby ciekawe. Dawno mnie nikt nie darzył nienawiścią.
***
Zanim jednak doczekacie się opowieści o tym, co wydarzyło się w Hogwarcie, po tym kiedy przyjechała Landra, musicie usłyszeć jeszcze jej historię. Nie ręczę, że zrozumiecie, dlaczego moja siostra tak strasznie nienawidzi panny Navarro. Ja sama nie do końca rozumiem jej postępowania, a to trochę dziwne, no nie?
Ale, ale… jak zwykle zamiast skupić się na głównym wątku robię ciągłe dygresje. Dobra, dobra, wracam już do właściwej historii.
Wspólna historia Landry i Minervy zaczyna się w momencie, kiedy obie spotkały się w drodze do Hogwartu, na stacji w Hogsmead. Na nieszczęście los chciał, aby Landra i Minerva trafiły do jednej łódki.
***
Był to jeden z tych typowych brytyjskich dni – mglisty, zimny i wilgotny. Rodowity Anglik lub osoba, która chciała za takiego uchodzić była przyzwyczajona do takiej pogody. Aura ta wywierała jednak negatywny wpływ na osoby, które urodziły się poza Wyspami. A taką niewątpliwie była Landra. Na swoje nieszczęście urodziła się ona w słonecznej i ciepłej Hiszpanii, więc brytyjska aura dwakroć silniej na niekorzyść na nią oddziaływała.
Co prawda starszy brat Landry, Alejandro ostrzegał ją, że brytyjska pogoda nie jest zbyt przyjemna, zwłaszcza dla osób, które nie są do niej przyzwyczajone, jednak dziewczynka uważała, że brat droczy się z nią. Jednak kiedy wysiadła na peronie w Hogsmead i kiedy powiał przeszywający zimny wiatr, Landra zrozumiała, że jej brat nie żartował. Skulona powlokła się za zasuszonym gajowym i swoimi rówieśnikami w mrok i zimno.
Nie rozumiała, dlaczego nie może wsiąść do cieplutkiego wnętrza powozu. Wiedziała, że jeśli taka pogoda utrzyma się przez całą jej podróż z Hogsmead do zamku, to na pewno przemoknie, przemarznie i się rozchoruje.
Początkowo nie wiedziała, czemu się zatrzymali. Choć podejrzewała, że gajowy mógł zgubić drogę i teraz będą musieli zaczekać, aż pofatyguje się po nich ktoś z Hogwartu. O ile w ogóle zaczną ich szukać. Jednak, kiedy już dopchała się do pierwszego rzędu zobaczyła, że stoją najprawdopodobniej nad jakimś jeziorem, o ile nie morzem, a na jego powierzchni kołysze się cała flotylla łódeczek. Gajowy krzątał się z przodu i rozsadzał jej rówieśników.
- Jakbym i tak nie była wystarczająco mokra, to muszę jeszcze nie wiadomo jak długo płynąć jakąś rozklekotaną szalupą… - mruknęła pod nosem, licząc, że gajowy nie usłyszy. Rzeczywiście nie usłyszał, ale dosłyszała to stojąca nieopodal dziewczynka z kokardą w szkocką kratę na czubku głowy. Minerva McGonagall, bo tak na imię było tej dziewczynce, odwróciła się do Landry i powiedziała:
- Od razu widać, że nie jesteś tutejsza – zmierzyła Landrę wzrokiem i dodała z przekąsem – chciało się do najlepszej szkoły magii na świecie, to teraz cierp. A jak nie to już dziś uciekaj do swojego ciepłego kraju.
Odsunęła się jak najdalej od młodej Hiszpanki, tak aby nie trafić z nią do jednej łódki. Jednak pech chciał, że gajowy, starszy i głuchawy człowieczek, uznał, że zdążyły się już chyba zapoznać i polubić, skoro prowadzą takie ożywione dyskusje. Usadził je zatem w jednej łódce, dorzucając im jeszcze dziewczynkę z Węgier, z którą Minerva jechała w przedziale i która okazała się jej kuzynką od strony matki.
***
Tak wyglądał początek znajomości Minervy i Landry. Potem było jeszcze gorzej. Mimo, że trafiły do różnych domów, ciągle się ze sobą ścierały. A to zabiegając o względy Virag Simolin, naszej węgierskiej kuzynki, a to rywalizując w nauce.
Szczególnie widoczna ich rywalizacja była na polu transmutacji. I choć była ona domeną Minervy, to nie raz zdarzało się, że Landra zdobywała laur zwycięzcy. Zawsze, bez względu na to, czy lepiej poszło Landrze, czy Minervie, wina za zwycięstwo przeciwniczki spadała na profesora. A był nim, nie kto inny jak, Albus Dumbledore, który raczej nie mógł być świadomym, że dziewczynki przez cały okres swojej nauki w Hogwarcie obarczały go winą za swoje niepowodzenia na polu transmutacji. Obie były przekonane, że Dumbledore faworyzuje tę drugą.
Temperaturę w stosunkach Landry z Minervą podnosiła jeszcze bardziej ostentacyjna szkockość mojej siostry. W każdym zestawie moja siostra posiadała coś, co nosiło szkockie akcenty, a jej szlafroki w szkocką kratę były na językach całej szkoły. Dzięki Landrze właśnie.
***
To było dużo później. Chyba na piątym albo szóstym roku. Obie zostały prefektami swoich domów – Minerva Gryffindoru, Landra Ravenclawu. Odznaka prefekta dawała im pewne obowiązki, ale również przywileje – takie jak możliwość podróży w specjalnym przedziale przeznaczonym tylko dla prefektów, czy też łazienki. Skutkowało to oczywiście faktem, iż będą spotykać się częściej niż dotąd, prawie na każdym kroku, co musiało wywołać spięcia. I wywołało. Pokłóciły się już w pociągu, a potem było jeszcze gorzej. Dwa dni po scysji w przedziale spotkały się w łazience prefektów. Landra akurat wchodziła i musiała się natknąć na wychodzącą z kąpieli Minervę, która owinięta w swój szlafroczek szykowała się do wyjścia.
Panienka Navarro rzuciła rozbawione spojrzenie w stronę McGonagallówny i ostentacyjnie ominęła ją szerokim łukiem, tak jakby bała się, że zarazi się czymś paskudnym od mojej siostry, tak jakby szkockość była gorsza od smoczej ospy.
W tydzień później cała szkoła już huczała od ploteczek na temat Minervy. Mechanizm był prosty – Landra wśród swojego licznego grona przyjaciół skomentowała owe fatalne spotkanie w łazience, wyrażając obawę, że panna McGonagall nawet bieliznę ma w szkocką kratę, a swoją drogą ona, Landra Navarro nie wie, jak można nosić odzież w takie wzory przecież to zupełnie nie podkreśla figury, a ubranie się w takie coś sprawia, że wygląda się okropnie staro.
Minerva nie mogła jej tego wybaczyć. Przez Landrę stała się pośmiewiskiem całej szkoły. Obawiała się, że do końca jej szkolnej kariery, a nawet i potem będzie słyszała docinki z powodu swojej ukochanej szkockiej kraty. Ale pewnego dnia wszelkie docinki skończyły się jak ręką uciął. Powiadano później, że w jakiś sposób profesor od transmutacji wpłynął na Armanda Dippeta, który wtedy dyrektorem, aby wyciszył sprawę. Jednak mimo bardzo pozytywnego dla Minervy finału tego konfliktu, nie zapomniała nigdy Landrze tego, co ta zrobiła. Choć oczywiście Landra rozmawiała o tym tylko w gronie bliższych znajomych. A to dopiero ktoś z nich puścił parę z ust.
***
Osobiście uważam, że moja siostrzyczka nie ma powodu, aby się wściekać. Sama jest sobie winna. Mogła nie nosić ciągle tej szkockiej kraty. Nie, wcale nie uważam, że szkocka krata jest okropna. Ale miejmy umiar. Z resztą jest wiele rodzajów szkockiej kraty. A ta, którą Minerva miała na swoich szlafrokach, jest obrzydliwa. Odrażająca. I odpowiednia dopiero dla pań w pewnym dość podeszłym wieku, które snują się w papuciach po swoim domu, a dorosłe wnuki przyprowadzają do nich swoje sympatie, aby je przedstawić. Nie są zaś odpowiednie dla dziewcząt w wieku dojrzewania.
***
Można byłoby pomyśleć, że powyższa lista ognisk konfliktu jest już pełna. Nie. Wcale nie. To tylko niewielki procent tego, co powodowało, że Minerva nie znosiła Landry.
Można było pomyśleć, że Landra i moja siostra, po ukończeniu szkoły rozdzielą się na zawsze i już nigdy się nie spotkają, a co za tym idzie już nigdy nie wystąpi między nimi żaden powód do spięć. Wszak pochodziły z różnych krajów – Minerva była tutejsza, zaś Landra pochodziła z Hiszpanii, za którą ustawicznie tęskniła i, do której chęć powrotu ciągle wyrażała. I gdyby tak się stało, na pewno nie miałabym o czym więcej wspominać.
Ale… Landrze nie do końca udało się zrealizować marzenie powrotu do ojczyzny. I kilkakrotnie jej drogi skrzyżowały się z drogami Minervy, co skutkowało tylko i wyłącznie zaognianiem konfliktu.
poniedziałek, 14 luty 2011, 22:50 Knowania panicza Malfoy'a
Starałam się bacznie obserwować poczynania Malfoy’a, jednak nie wszystkie jego machinacje i knowania byłam w stanie dostrzec.
Zaczął wypytywać innych uczniów o mnie. Pierwszymi, do których uderzył byli prefekci Slytherinu i starsze roczniki. Z pozoru niewinnie podpytywał ich o to, czy mnie wcześniej widywali na zamku, czy zauważyli u mnie jakieś dziwne zachowania. Nie było oczywiście tak, że każdą napotkaną osobę wypytywał o to wszystko – starannie dobierał cele i dbał o to, by jego pytania o mnie padły mimochodem. Z czasem zaczęło go interesować również, czy mieszkam w wieży Gryffindoru. Na razie jednak jego dochodzenie nie zagrażało mi w żaden sposób. Ba, nawet podobała mi się ta gra w kotka i myszkę, albo w detektywów, tak jak się bawią dzieci mugoli.
Potem jednak zaczęły się poważniejsze pytania, kierowane przede wszystkim do nauczycieli. Próbował z Flitwickiem, który niemal natychmiast poinformował mnie o tym fakcie. Potem zakręcił się obok Aurory Sinistry, która niby przypadkiem wsunęła mi do ręki kawałek pergaminu z informacją o wypytującym Malfoy’u. Następnie zaczepił Pomonę Sprout, ale zbyła go jakimiś ogólnikami, po czym w trakcie mojego zielarstwa poprosiła mnie, abym odwiedziła ją w jej gabinecie, bo znalazła książkę o którą wypytywałam. W czasie wizyty śmiechem-żartem spytała, czym naraziłam się Draconowi, bo po szkole chodzą słuchy, że się o mnie wypytuje, a i ona po lekcji została przez niego zaczepiona. Nie próbował jedynie z Minervą, bo oczywistym było, że nie udzieli mu żadnych informacji. Za to Snape chętnie odpowiadał na pytania panicza Malfoy’a, choć nie udzielił mu żadnych informacji o tym, kim była ta ślicznotka, którą Draco zastał w gabinecie Snape’a. Severus nie mógł mu po prostu tego powiedzieć, nie był bowiem Strażnikiem Tajemnicy. Tak, zabezpieczyłam pewne elementy mojej tożsamości zaklęciem Fideliusa. Do mojego ujawnienia się, nikt poza Dumbledorem, którego uczyniłam Strażnikiem Tajemnicy, nie mógł ujawnić żadnych informacji o mojej tożsamości.
Draco nie zadowolił się strzępkami wiedzy, które zostały podarowane mu przez Snape’a. Ba, wzbudziły w nim jeszcze większą ciekawość i doprowadziły do tego, że zaczął mnie uważniej obserwować. Próbował nawet podsłuchiwać. Śledził, gdzie i z kim chodzę, w jakim celu. Zachowywał się jak Sherlock Holmes, tylko brakowało mu Watsona. Zbierał informacje, ale nie wiedział jeszcze, czemu miały posłużyć. Właściwie nie miał pojęcia, po co to robi i co zrobi z wiedzą, którą posiądzie.
Któregoś pięknego dnia spotkał mnie przypadkiem w bibliotece, w momencie, w którym Irma Pince przynosiła mi kolejne tomiszcza z Działu Ksiąg Zakazanych. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumnienia na widok woluminów o grubości całego jego zestawu podręczników oraz tytułów, których nie rozumiał, ba, których nawet nie potrafił odczytać. Gdy odeszłam, przez długi czas stał i wgapiał się w biurko Irmy Pince i w miejsce, które opuściłam. Skąd wiem? Cedrik mi powiedział – akurat został dłużej w bibliotece, szukając słownika staroperskiego dla magów i alchemików i przy okazji obserwował młodego Malfoy’a. Draco stał tam jeszcze długą chwilę, póki Irma nie zirytowała się i nie wyrzuciła go za drzwi, krzycząc, że jeśli się zakochał to powinien raczej biec za mną a nie stać i gapić się w miejsce, które opuściłam. Rozbawiło to niezmiernie Cedrika, który zbyt głośno parsknął śmiechem, za co również został przez panią Pince wyrzucony z biblioteki.
***
- Chyba powinnam zacząć używać skrzatów domowych do załatwiania spraw w bibliotece – powiedziałam tuż po tym, jak Cedrik skończył relacjonować mi zajście w bibliotece. Był już późny wieczór, siedzieliśmy w moim saloniku, grając w szachy.
- Malfoy wydawał się być bardzo zainteresowany. Myślałem, że będzie wypytywać, po co Ci te książki, ale stał tylko i gapił się, jak zauroczony – powiedział Cedrik, kiedy jego królowa zbijała mojego gońca.
- Myślę, że kiedy minie mu szok, zacznie się tym interesować. Ba, pewno zaraz popędzi do działu Ksiąg Zakazanych i zacznie tam węszyć. Ale Irma Pince pogoni gówniarza.
- A gdyby ją zaczął wypytywać?
- Spokojnie, Irma wie tylko tyle, że mam dyrektorskie pozwolenie na korzystanie z całego księgozbioru – spojrzałam na szachownicę – Szach-mat.
***
Okazało się, że Malfoy nie pobiegł do biblioteki wypytywać bibliotekarkę. Nie, uderzył do mnie. Otwarcie. Na wspólnej lekcji eliksirów.
- Hej McGonagall – zawołał z drugiego końca lochu – do czego były ci były potrzebne te tomiska z Działu Zakazanego? Czyżby w wieży Gryffindoru nie było czym palić w kominkach? – Ślizgoni zarechotali.
- Nie wiem, jak to u was, w Slytherinie jest, ale u nas w Gryffindorze, książki się CZYTA. Słyszałeś Malfoy, o czytaniu, czy to może zbyt skomplikowane jak dla ciebie? – nie pozostałam mu dłużna, na kpinę odpowiadając kpiną. Śmiechy Ślizgonów zamilkły, zaś na twarzach Gryfonów pojawił się uśmiech.
Malfoy pewnie chciał jeszcze coś dodać, ale Snape przerwał nasze radosne zabawy:
- Ile razy mam powtarzać, że na moich zajęciach powinno być słychać tylko bulgotanie kociołków? – wysyczał. – Gryffindor traci dziesięć punktów, panno McGonagall, dzięki pani – urwał na chwilę, po czym po namyśle dodał – Slytherin traci pięć punktów, panie Malfoy. A teraz wracajcie do swoich wywarów.
***
Otóż nie zdziwi was pewnie to, że bardzo szybko o wszystkich zajściach dowiedziała się Minerva? No jasne, przecież dobrze wiecie, jak szybko dowiaduje się o moich niecnych uczynkach, zupełnie jakby w momencie jakichkolwiek spięć/tarć/kłótni/innych moich niecnych występków, zapalała się w jej głowie czerwona ostrzegawcza lampka.
Jeszcze tego samego dnia wezwała mnie do swojego gabinetu.
Kiedy upewniła się, że nikt nas nie podsłuchuje powiedziała:
- Severus doniósł mi, że doszło między tobą, a panem Malfoy’em do pewnego rodzaju spięć, których głównym powodem – tu Minerva zwiesiła głos na chwilę – są twoje półlegalne studia nad Czarną Magią.
- Albus zezwolił mi na… - zaczęłam, ale nie pozwoliła mi dokończyć.
- Owszem pozwolił, ale pod warunkiem, że pozostanie to twoją tajemnicą. Nie cofnę ci pozwolenia, ale proszę abyś na jakiś czas zawiesiła studia nad Czarną Magią i zaczęła zachowywać się jak na uczennicę pierwszego roku Hogwartu przystało. Żadnych opasłych ksiąg z Działu Ksiąg Zakazanych, żadnych podejrzanych typów w towarzystwie, żadnych sów z Ministerstwa, żadnych wyskoków. Na krótki czas, żeby się wokół ciebie uspokoiło.
- A co ma się uspokoić? Ten dzieciak i tak nie przestanie węszyć.
- Jeśli przestaniesz go prowokować, to się tobą znudzi. Okaże się, że Mortycja McGonagall to zwykła jedenastoletnia dziewczyna.
- No dobrze, chyba mogę… pójść na pewne ustępstwa. Ale w mojej wieży nie zabronisz mi mieszkać?
- Nie, nie zabronię. Ale mile widziane by było, gdybyś chociażby co jakiś czas zjawiała się na dłużej w wieży Gryffindoru. I… zacznij utrzymywać bliższe kontakty ze swoimi „rówieśnikami” – słowo rówieśnicy podkreśliła dość znacząco.
Powstrzymałam się od komentarza, choć wiele złośliwych tekstów nasuwało mi się na usta, ale wiedziałam, że im bardziej będę uległa, tym szybciej będę mogła wrócić do moich zajęć. Jednak jak na złość Minerva zechciała ze mną porozmawiać – chyba stwierdziła, że mamy ze sobą zbyt mały kontakt i że jak na siostry zbyt mało rozmawiamy.
- Wracając do sprawy listów z Ministerstwa…
„O nie, tylko nie pytaj, kto je pisał” pomyślałam.
-… powiedz mi z kim korespondowałaś?
„Musiała, no musiała zapytać”. Uznałam, że kłamstwo w tym momencie nie jest wskazane – wszak mam udawać potulną i grzeczną panienkę.
- Z Landrą Navarro.
Minerva spurpurowiała ze złości. Otóż od początków znajomości z Landrą, które sięgają zamierzchłych czasów, kiedy obie chodziły do Hogwartu, moja siostra odczuwała wręcz chorobliwą zazdrość w stosunku do Landry. O tym opowiem jednak, kiedy indziej.
- Kontaktujesz się z nią?!
- W przeciwieństwie do ciebie, siostrzyczko, darzę Ladnrę dużym szacunkiem i sporą sympatią. Jest bardzo inteligentną osobą i utalentowaną czarownicą. Nasze ministerstwo wiele zyskuje, mogąc z nią współpracować…
- Jak śmiesz – wydyszała wściekła – jak śmiesz ją przy mnie chwalić?! Jak śmiesz z nią pisać pod moim nosem! Zakazuję ci tego, rozumiesz? ZAKAZUJĘ!
Spojrzałam na nią na poły rozbawiona, na poły zdziwiona.
- Zachowujesz się jak smarkula. Zazdrosna i obrażona smarkula. Miejże godność i zachowuj się, jak na dorosłą kobietę przystało – doszłam do wniosku, że jej zachowanie jest bardziej żałosne, aniżeli zabawne. Dlatego warto było przywrócić ją do pionu. – Nie tylko dorosłą kobietę. Zachowuj się jak na nauczycielkę przystało! Opiekunkę domu! I uczniowie mają z ciebie brać przykład?! Ty nie jesteś jedynie opiekunką domu, ty jesteś zastępczynią dyrektora, miejże więc godność! A może zapomniałaś już, czym jest godność?! – upominałam ją, tak jak matki napominają błądzące dzieci, czy starsze rodzeństwo upomina to młodsze. Mogło to wyglądać dziwnie – jedenastolatka wrzeszcząca na dorosłą kobietę, ale no cóż – taka już specyfika naszego kamuflażu.
- Ani słowa… - próbowała mi przerwać Minerva, ale ja byłam na nią tak wściekła, że nie pozwalałam jej dość do głosu.
- Rozum ci odebrało! Kompletnie ci się w głowie pomieszało: śmiesz dawać mi rady, prosić abym zachowywała się, jak na uczennicę przystało, a sama nie zachowujesz się jak dorosła, poważna i poważana kobieta!
- Zagalopowałaś się chyba, Mortycjo!
Spojrzałam na nią i cały gniew ze mnie uszedł. Może była zgorzkniała i szorstka w obyciu, czasami zachowywała się jak gówniara, ale to była po części moja wina. To był mój pomysł, aby wciągnąć całą moją rodzinę w tę grę. To w sumie moja wina, że teraz Minerva była jaka była. Uwięziona w starzejącym się ciele nieśmiertelna istota, która prawie zapomniała kim jest. Tak bardzo zżyła się z tą rolą, że rzadko kiedy miała okazję pobyć przez chwilę znów piękną i młodą. Uśmiechnęłam się łagodnie, a na widok jej miny roześmiałam się serdecznie. Spojrzała na mnie pytająco.
- Chodź, siostrzyczko – pociągnęłam ją za rękaw szaty do lustra. – Spójrz na siebie.
- Nie bardzo rozumiem…
- No spójrz na mnie – na tę chwilę zrzuciłam iluzję i przybrałam swój właściwy wygląd – porównaj mnie do siebie. Rozumiem twoje zgorzknienie – też bym się wściekała, codziennie patrząc w swoje starzejące się oblicze. Też zazdrościłabym osobom, które starzeją się mniej lub piękniej. Ale… przecież ty tak wcale nie wyglądasz, prawda?
Minerva nieśmiało pokiwała głową.
- Zatem na jakiś czas porzuć ten wygląd, odetchnij pełną piersią i żyj! Żyj choć chwilę w swoim prawdziwym ciele! Zapomnij o zazdrości wobec śmiertelniczek, które starzeją się piękniej od ciebie, bo ty nie starzejesz się wcale. Zapomnij o tym. Przecież ty będziesz nadal piękna i młoda, kiedy one się już rozpadną w proch i pył.
Minerva patrzyła na swoje lustrzane odbicie.
- Naprawdę sądzisz…
- …że paskudnie się zestarzałaś? Tak, tak właśnie uważam.
- Może rzeczywiście masz rację – powiedziała i zadumała się na chwilę
- A więc postanowione. Wyjedziesz na wakacje, odpoczniesz. Nie, nie teraz – dodałam szybko. – Po zakończeniu roku szkolnego spakujesz się i wyjedziesz tam, gdzie cię nikt nie zna. Do Bawarii albo do Maxa, gdziekolwiek on teraz nie przebywa. Albo do rodzinnego majątku nieopodal Ayr, dawno tam cię nie było.
Wstałam i szykowałam się do wyjścia, gdy Minerva rzuciła mi jeszcze:
- Pamiętaj, o co cię prosiłam.
***
Pamiętałam. Właściwie można powiedzieć, że zastosowałam się do prośby Minervy. I choć tak naprawdę nie porzuciłam moich dawniejszych zajęć, to nie robiłam tego o co mnie prosiła Minerva. A zatem nie było sów z Ministerstwa, ba nie było już więcej w tym czasie wizyt w bibliotece po woluminy z Działu Ksiąg Zakazanych. Mimo wszystko nadal utrzymywałam kontakt z łącznikami Zakonu w Ministerstwie, nie porzuciłam też studiów nad Czarną Magią.
Bo przecież na wszystko jest obejście. Książki zazwyczaj odbierał za mnie Cedrik albo któryś z moich osobistych skrzatów domowych, a Irma Pince nawet nie protestowała, kiedy prosiłam ją o taką możliwość. Zaś jeśli chodzi o korespondencję z członkami Zakonu, to opatentowaliśmy pewien sposób. Używając kombinacji sieci Fiuuu i latających papierowych samolocików, dokładnie takich samych, jakich używało Ministerstwo w swoich wewnętrznej korespondencji.
Jednego jednak zrobić nie mogłam – przestać korespondować z Landrą. Była zbyt cennym informatorem, by móc ją nagle skreślić. Aby zagrać Minervie na nosie i aby móc przeprosić Landrę za tę wpadkę z ujawnieniem mojej siostrzyczce, z kim koresponduję, zaprosiłam pannę Navarro do Hogwartu.


piątek, 24 grudzień 2010, 23:12 Szykują się nowe kłopoty
Rozmyślałam nad rozmową, którą odbyłam ze Snapem w gabinecie Dumbledore’a. Tak bardzo nienawidziłam mistrza eliksirów, że w tamtym momencie zapomniałam o tym wszystkim, czego dowiedziałam się od Landry Navarro i innych członków Zakonu.
Czy to możliwe, abym tak fatalnie się myliła? Abym oskarżyła niewinną osobę, tylko dlatego że darzyłam ją nieskrywaną i niepohamowaną niechęcią? Musiałam to wszystko przemyśleć. A przede wszystkim odbyć szczerą rozmowę z Severusem.
Wiedziałam jednak, że graniczyło z cudem, aby poszedł ze mną na współpracę, więc zawczasu przygotowałam veritaserum, a gdyby i to zawiodło, intensywnie ćwiczyłam legilimencję.
W tydzień lub dwa po spotkaniu w gabinecie dyrektora byłam gotowa na przesłuchanie Snape’a. Postanowiłam, że zrobię to późnym wieczorem, kiedy wszyscy uczniowie powinni spać w swoich dormitoriach i nikt nie będzie mi przeszkadzał. Poza tym chciałam iść do profesora eliksirów nie jako jego uczennica, ale równorzędna, a nawet lepsza od niego osoba. Toteż nie zarzucałam na siebie żadnych iluzji, wybrałam się do niego jako dorosła elfka, nie zaś jedenastoletnia dziewczynka. Zanim wyszłam, skreśliłam na skrawku pergaminu krótką notkę do Cedrica, a do torby wrzuciłam veritaserum, różdżkę i sztylet.
Korytarze były puste, jeszcze bardziej puste niż w owym dniu, kiedy maszerowałam do gabinetu Dumbledore’a. Po drodze schodami w dół, korytarzami i jeszcze niżej schodami nie spotkałam ani jednej żywej czy martwej osoby. Jakby zamek zamarł w oczekiwaniu na dalsze wypadki.
W końcu dotarłam do gabinetu Snape’a. Zapukałam, jednak minęła spora chwila, zanim mi otworzono.
- Nie spodziewałem się ciebie, McGonagall – wysyczał mistrz eliksirów, po czym spróbował zatrzasnąć mi przed nosem drzwi. Udało mi się go jednak powstrzymać, po czym wmaszerowałam do gabinetu i usadowiłam się w jedynym fotelu stojącym w tym gabinecie. Był on dużo bardziej skromnie wyposażony niźli gabinet dyrektora, zaś ponure, nagie ściany dodawały mu jeszcze surowości. Jedynym oświetleniem było kilka świec, umieszczonych w stalowym żyrandolu zawieszonym na łańcuchu tuż nad biurkiem.
- Musimy porozmawiać, Severusie. Poważnie i całkiem szczerze – powiedziałam najbardziej przyjaznym tonem, na jaki było mnie wobec niego stać.
Rzucił mi niechętne spojrzenie, lecz nie przerywał, oczekując na ciąg dalszy mojej tyrady.
- Po pierwsze, muszę się przyznać, że się pomyliłam.
- Kiedy… - Snape czekał na ciąg dalszy.
- Kiedy wysnułam owo oskarżenie w gabinecie Dumbledore;a, pod twoim adresem. Teraz jednak wiem, że się myliłam. I chciałabym, abyś pomógł mi dowiedzieć się, jak bardzo się myliłam.
- Czy ty, McGonagall, proponujesz mi współpracę? – na twarzy mistrza eliksirów błąkał się uśmieszek niedowierzania.
- Owszem. Powiem więcej – powiedziałam poważnie patrząc w jego oczy – liczę na twoją współpracę.
- Zatem… przeliczysz się. Nie mam zamiaru ci w niczym pomagać, McGonagall.
- Tego się właśnie spodziewałam, Severusie. Odmowy. Ale dobrze wiesz, że posiadam środki, aby cię do tej współpracy zmusić – powiedziałam sięgając po różdżkę. Zanim jednak zdążyłam cokolwiek uczynić, ktoś zapukał do drzwi gabinetu. Kiedy drzwi się otworzyłam, zobaczyłam w nich postać Draco Malfoya. Uznałam, że więcej nie wskóram, więc wstałam z fotela i opuściłam gabinet, rzucając jeszcze na odchodnym:
- Porozmawiamy przy innej okazji, Snape.
Podróż powrotna była równie szybka i bezproblemowa, jak ta do lochów. W wieży, przy kominku, z Mią na kolanach czekał już na mnie Cedric. Po mojej minie raczej nie mógł niczego wywnioskować, więc zapytał:
- I jak poszło?
- Nijak – powiedziałam siadając obok niego i kładąc mu głowę na ramieniu.
- I co teraz?
- Nic. Będę czekać na kolejną nadarzającą się okazję. A wtedy go przycisnę.
- A gdybyś tak poszła z tym do Dumbledore’a. On ma nad Snapem jakąś władzę…
- Sam chyba wątpisz w swoje słowa. Z resztą i tak zbyt często u niego bywałam. Zapewne ma mnie dość i kolejna wizyta jeszcze bardziej namieszałaby mu w głowie.
- Nie sądzisz, że powinnaś mu o wszystkim opowiedzieć? O tym, czego dowiedziałaś się od Navarro i od innych braci z Zakonu? Podzielić się z nim wątpliwościami, zapytać o radę?
- Nie! – zareagowałam zbyt gwałtownie, co uświadomiło mi przeraźliwe miauknięcie przestraszonej Mii. – Nie. Navarro, o ile ją znam powiadomiła Dumbledore’a, o moich zapytaniach, reszta członków Zakonu pewnie też stale raportuje o moich prośbach. Więc dyrektor jest zorientowany, a to, że nadal jeszcze nie wezwał mnie do siebie i nie prosi o raport, oznacza, iż dał mi wolną rękę w tej sprawie.
- Mam rozumieć, że zamierzasz dalej działać sama?
- Tak.
Wtedy z głową na ramieniu Cedrika, zupełnie zapomniałam, kto zobaczył moją prawdziwą postać. Przypomniałam sobie o tym kilka dni później. Na lekcji eliksirów, przypadkiem doleciało do mnie to, co mówił Draco Malfoy do swoich dwóch koleżków:
-… ostatnio w ogóle to natknąłem się na jakąś dziwną kobietę w gabinecie Snape’a. Była całkiem ładna, choć podobna trochę do tej McGonagallówny, no ale nie tak smarkata. Co ciekawe Snape zwracał się do niej per „McGonagall”, o ile dobrze usłyszałem – urwał by rozejrzeć się po sali, a kiedy dojrzał mnie, oko mu zalśniło i zawołał: - Hej, McGonagall, nie masz przypadkiem starszej siostry?
- A przypadkiem mam. Nazywa się Minerva i uczy cię transmutacji, kretynie – odpowiedziałam.
- McGonagall, Gryffindor właśnie stracił dzięki tobie piętnaście punktów – powiedział profesor od eliksirów. – A teraz bądź łaskawa skupić się na swoim wywarze, bo straci kolejne.
„Cholera, zganiłam się w duchu, zapomniałam całkiem o tym, że Malfoy mnie widział. Teraz pewne będzie węszył wokół tamtej sprawy.” Przykucnęłam za kociołkiem, wyciągnęłam różdżkę i wysłałam Cedrikowi patronusa, z prośbą o spotkanie.
Po dzwonie oznaczającym przerwę, spakowałam szybko swoje rzeczy i wybiegłam. Przeskakując kilka stopni na raz, potrącając przechodzących uczniów, pędziłam do Izby Pamięci, w której czekał już na mnie Cedrik.
- Cóż pilnego się stało, kochanie, że wysłałaś do mnie patronusa – powiedział po przywitaniu.
- Pamiętasz moją wizytę u Snape’a?
Cedric pokiwał głową, nie odzywając się.
- Zapomniałam wtedy powiedzieć, że Draco Malfoy nakrył mnie wtedy w gabinecie.
- Ale chyba nie wie…
- Na pewno nie wiem, że tamta osoba to ja, ale dosłyszał, jak Snape mówi do mnie per McGonagall. A dzisiaj zaczął wypytywać… Szykują się nowe kłopoty.

sobota, 02 październik 2010, 20:20 Kamień zmartwień
- I co z tą wiedzą zrobisz? – zapytał mnie Cedric, gdy skończyłam mu opowiadać o wizycie Agdam.
Spojrzałam na niego i przez dłuższą chwilę nie odzywałam się, myśląc nad odpowiedzią.
- Właściwie to mam kilka wyjść. Zaczynając od nie robienia niczego i pozostawienia wypadków samym sobie…
- Kilka razy już tak zrobiliśmy – wszedł mi w słowo. – Skutki możemy podziwiać do dziś – w jego głosie zabrzmiał nieskrywany smutek.
- Przecież wiem… Nie musisz mi tego przypominać. Z resztą – powiedziałam patrząc prosto w jego orzechowe oczy – ja podaję tylko opcje. No to by była jedna. Kolejna – idę z tym do Albusa. Co się stanie dalej to nie wiem. A jak nie pójście do Albusa, to obu podam veritaserum i przesłucham ich. Oj, wyśpiewaliby mi wszystko, wyśpiewali…
- Veritaserum odpada. Przynajmniej w przypadku Snape’a. Jest zbyt cwany, by podać mu eliksir w napoju.
- To co mam do niego pójść, napić się herbatki i zapytać: „Severusku, a co ty kombinujesz z Quirrelem?”?
- Ale złośliwa jesteś – rzucił Cedric, układając się wygodniej w fotelu.
Zrobiłam minę niewiniątka, co niezmiernie go rozbawiło. Jednak już chwilę później spoważniał.
- Co zrobisz?
- Nie wiem. Muszę się z tym przespać.
- Wolisz spać z tym, niż ze mną?
- Sam to powiedziałeś. A tak na serio, to powiem Ci rano. Jak już wstaniemy. Teraz nie chcę nad tym myśleć. Opowiedz mi lepiej, co mówią Puchoni o waszej przegranej w quidditchu. Przez mijający tydzień musieli strasznie mnie obsmarowywać.
- Dobrze wiesz, że nie pozwoliłbym…
- Dobrze wiem, że gadają. Wiem, że lepiej, abym się nie pokazywała w waszej szatni przed następnymi meczami. Czy padły już oskarżenia, że cię skonfudowałam?
- O tym chyba jeszcze nie pomyśleli. Ale twierdzą, że mnie omamiłaś, albo podałaś mi jakiś eliksir miłosny.
- A to ciekawe. Niech zgadnę – cały czas mamroczą o tym te dwie ścigające, które się w Tobie podkochują? Pewno same chciałyby Ci podać jakiś eliksir. Tylko, żebyś zaszczycił je jednym spojrzeniem.
- Mortycjo! Chyba nie chcesz powiedzieć, że jesteś zazdrosna? O jakieś dwie nastolatki?
- Nie, nie jestem zazdrosna. Po prostu stwierdzam fakt, że wodzą za Tobą oczami i śledzą Twój każdy krok.
- To tylko niewinne nastolatki zakochane w iluzji. Za jakiś czas im przejdzie.
- No dobrze, już dobrze, czy ja coś w ogóle mówię? Mieliśmy mówić o tym, co w Hufflepuffie piszczy – uśmiechnęłam się. – A zaczęli już szeptać, jaką to niezłą partię złapałeś?
- Kilku chłopaków z dormitorium próbowało mnie wypytać, jak Cię poznałem.
- I jak brzmiała odpowiedź?
- Pozwolisz, że zacytuję – rozparł się wygodnie w fotelu, przeczesał palcami włosy i powiedział: – bo wiecie, trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy się pojawić. Stała akurat na peronie, zdezorientowana, więc ja z pełnią mojego uroku – wyszczerzył do mnie zęby, zapewne tak, jak szczerzył się do swoich „kumpli” – podchodzę i pytam, czy jej nie pomóc. A ona mi na to, że jest sama, bo jej siostra, wicedyrektorka w Hogwarcie nie mogła jej na pociąg odstawić, że zostawiła samą w Londynie, że… itd. No wiecie, biedna mała zagubiona, całkiem ładniutka, a dodatkowo siostra wicedyrektorki, jak można przepuścić taką okazję…
Nagle, niespodziewanie rzuciłam w niego poduszką. Nie zdążył się uchylić i oberwał nią w twarz. Spojrzał na mnie z wyrzutem, a ja odpowiedziałam mu uśmiechem. Nim jednak się zorientowałam, ta sama poduszka leciała w moją stronę. Zatrzymała się na moim nosie. W momencie gdy chciałam ją odrzucić, zorientowałam się, że Cedrika nie ma już w fotelu. Sama też rzuciłam się za fotel i to mnie uratowało – gdyż właśnie w tym momencie jedna z większych poduszek przefrunęła tuż obok mojego ucha. Szybko zebrałam się z podłogi, chwyciłam tę, która wylądowała na moim nosie i rzuciłam w kierunku, gdzie moim zdaniem był Cedric. Był jednak sprytniejszy i szybszy niż się tego spodziewałam – już dawno nie było go w tamtym miejscu. Tym razem znajdował się po przeciwnej stronie pokoju, gdzie już szykował kolejnych kilka do rzutu. Rozejrzałam się, czy w pobliżu nie mam żadnej amunicji, lecz najbliższa z poduszek leżała przy ścianie, od której dzieliło mnie kilka kroków. Przeczołgałam się tam, przy okazji uchylając się przed kolejnymi, przelatującymi tuż nade mną poduszkami. Już miałam się wychylić i rzucić w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był, ale nie zdążyłam. Rzucił się na mnie i obalił mnie na plecy.
- Przegrałaś – powiedział z uśmiechem, pomagając mi wstać.
- Muszę Ci to przyznać – odpowiedziałam – tym razem mnie pokonałeś.
* * *
Wstałam skoro świt. Cedrik spał jeszcze. Wyślizgnęłam się z łóżka, wzięłam poranną kąpiel, ubrałam się i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić z dzisiejszym dniem. Właściwie co zrobić z wiedzą, jaką posiadłam dzięki Agdam. Czy iść z tym do dyrektora, powiadomić Zakon, czy może spróbować samemu podejść do tej sprawy.
Bijąc się z myślami, usiadłam na łóżku i bezmyślnie przypatrywałam się śpiącemu na moim łóżku mężczyźnie. Wyglądał tak spokojnie i niewinnie. Dłoń podłożona pod policzek nadawała mu dziwnie dziecięcego wyglądu. Jego ciemne włosy rozsypały się po poduszce i tworzyły nietypową aureolę. Tak bardzo chciałam mu się przyglądać, podziwiać jego rysy twarzy, słuchać jego miarowego oddechu, ale miałam coś do zrobienia.
Bo nagle przyszło olśnienie. Dumbledore wydawał się najlepszym wyjściem. Jeśli nie on, to będę musiała sama działać. Choć wolałabym tego uniknąć, by nie przesadzić. Skłonna jestem bowiem czasami do podejmowania zbyt brzemiennych w skutki decyzji.
Na paluszkach, by nie zbudzić Cedrika, opuściłam sypialnię, wyminęłam Mię czającą się tuż pod drzwiami, gotową wykorzystać nieuwagę i wskoczyć do pokoju, w którym spał smacznie mój mężczyzna. Wymknęłam się z wieży.
Korytarze o tej porze były puste, nawet Irytek gdzieś zniknął. Tylko duchy przewijały się tu i tam, niektóre pozdrawiały mnie, inne mijały obojętnie, a kolejne jeszcze wdawały się w krótką pogawędkę. Tak jak Gruby Mnich, którego spotkałam tuż przed gabinetem Dumbledore’a. Chwilkę pogawędziliśmy, powspominaliśmy dawne czasy, potem zaś pożegnaliśmy się i każde udało w swoją stronę. Mnich poszybował w stronę schodów na niższe piętro, ja zaś wkroczyłam na schody prowadzące do gabinetu dyrektora.
Postacie na portretach w większości spały, tylko kilka czuwało. Skinęłam na powitanie Fineasowi Nigellusowi Blackowi, którego określano mianem najbardziej znienawidzonego dyrektora w dziejach. Pomachałam Dilys Drewent, dygnęłam w stronę Everarda, po czym skierowałam się ku siedzącemu przy biurku Dumbledore’owi.
Mimo tak wczesnej pory, dyrektor nie spał, przeglądał jakieś wspomnienia w myślodsiewni. Pomyślałam zatem, że nie będę mu przeszkadzać i usiadłam na krześle po drugiej stronie biurka. Z żerdzi spłynął zaraz na moje kolana Fawkes, którego pogłaskałam po łebku.
Dyrektor w jakiś tylko sobie znany sposób moją obecność w jego gabinecie, wrócił ze wspomnień do teraźniejszości. Spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział:
- Ostatnio bywasz tu częstym gościem Mortycjo. O ile mi wiadomo żaden z moich poprzedników nie doświadczał tak częstych wizyt z Twojej strony.
- Czasy są niespokojne, to i mnie często oglądać musisz Albusie.
Dumbledore spojrzał na mnie znad okularów-połówek i z troską w głosie zapytał:
- Co tym razem Cię sprowadza? Jakie znów sprawy Cię martwią?
- Nie uwierzysz. Kamień mnie martwi. A właściwie jego bezpieczeństwo.
- Znowu? Chyba rozwiałem Twoje wątpliwości co do Harry’ego i jego przyjaciół.
- To nie o to chodzi.
- A więc o co?
- W tej szkole są dwie osoby, które chciałyby położyć swoje brudne łapska na Kamieniu.
- Kto taki?
Przyjrzałam się uważnie dyrektorowi.
- Dwóch spośród naszych profesorów. Quirinius Quirrell i Severus Snape.
- Zastanowiłbym się, na kogo rzucam oskarżenia, panno McGonagall – odezwał się mistrz eliksirów stojący w drzwiach gabinetu.
- A może nie wtrącałbyś się do moich rozmów z dyrektorem? Nie nauczono Cię, że nieładnie podsłuchiwać?
Snape sięgał już po różdżkę, kiedy wtrącił się Dumbledore.
- Severusie, Mortycjo, spokojnie. Moja droga – zwrócił się do mnie – chciałbym, abyś w jakiś sposób potwierdziła swoje zarzuty wobec chociażby Quiriniusa.
- Ale… - próbował protestować Smarkerus.
W fałdach szaty znalazłam fiolkę ze wspomnieniem Akeli, odkorkowałam ją i wlałam do myślodsiewni.
- Zapraszam – powiedziałam i odsunęłam się, aby i Snape mógł obejrzeć .
Kiedy wrócili, Albus spoglądał z niedowierzaniem na profesora eliksirów.
- Jak możesz mi to wytłumaczyć Severusie? – zapytał dyrektor siadając wygodnie w fotelu za biurkiem.
- Uwierz mi, nie jest wcale tak, jak to wygląda… – powiedział drżącym głosem były śmierciożerca.
- A jak jest? – spytałam ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy. – Pozwól, że powiem, jak to wygląda. Quirinius chce kamienia dla zysku – jest młody i biedny, pensja nauczyciela w Hogwarcie mu nie wystarcza. Dzięki legilimencji, której nauczyłeś się od swojego mistrza, dowiedziałeś się, że Quirrell pragnie kamienia, więc postanowiłeś go zmusić, aby pomógł w tym Tobie. Abyś ty mógł polecieć z kamieniem do swojego pana, którego zapewne szukasz. A kiedy już go znajdziesz, podasz mu eliksir życia, dzięki któremu odzyska siły. I wróci. A Ciebie nagrodzi. Czyż nie, Snape?
- Nie masz dowodów, McGonagall – wysyczał.
- Ale mam veritaserum, które mogę Ci podać, aby uzyskać odpowiedzi.
- Zrozum, że to nie ja jestem zagrożeniem dla kamienia!
- Nie ty? A kto? Quirrell? Z resztą jeśli Quirrell byłby zagrożeniem dla kamienia, to czemu nie przyszedłeś z tym do Albusa?
- A niby po co się tu zjawiłem?!
- Żeby jak zwykle poszpiegować, co mała McGonagall ma do powiedzenia. Czy znów nie będzie chciała udowodnić Dumbledore’owi, że nie może Ci ufać…
- Daruj sobie – syknął, odwrócił się na pięcie i wyszedł, a jego czarna szata powiewała za nim jak skrzydło nietoperza.

poniedziałek, 06 wrzesień 2010, 14:17 Tajemnicze spotkanie w Zakazanym Lesie - rzecz o Snapie i Quirrellu
Przez kilka kolejnych dni mogłam się odprężyć i poświęcić studiowaniu ksiąg, które wypożyczyłam z biblioteki jeszcze przed świętami. Może nie była to najprzyjemniejsza lektura, czytałam bowiem traktaty poświęcone najczarniejszej magii.
Jako wprowadzenie jak zwykle posłużyć mi miał Kitab Al.-Azif, kamień węgielny czarnej magii. Dzieło to zawsze było wstępem do studiów nad czarną magią, omawiało bowiem szeroko większość podstawowych zagadnień z dziedzin zakazanych. Od Kitab Al.-Azif można było przejść do Grimorium verum, Lemegetonu, czy pomniejszych, ale nie mniej ważnych grimuarów, takich jak Dziewięć ksiąg Nagasha, poświęconych w całości nekromancji, czy Goecji, często wyłączanej z Lemegetonu, traktującej o demonach. W Hogwarckiej bibliotece można było dostać te i wiele więcej.
Tym razem spośród jakże bogatego w woluminy Działu Ksiąg Zakazanych w moich rękach znalazły się dzieła takie jak: „Codex Daemonicus”, „Cthaat Aquadingen”, „Czerwony smok” i kilka innych.
Oczywiście przy ich wypożyczaniu nie obeszło się bez afery – Irma Pince wiedząc o tym, że mam pozwolenie od Dumbledore’a na swobodne korzystanie z księgozbioru zwykle niedostępnego dla uczniów, odmawiała mi wypożyczenia owych ksiąg. Dopiero, kiedy podsunęłam pod jej nos skreślone pismem dyrektora pisemko, pomaszerowała po wskazane przeze mnie pozycje.
- To białe kruki, innych egzemplarzy ze świecą nie znajdziesz – syknęła do mnie – nie zagub ich i nie zniszcz…
Spojrzałam na nią z pogardą i odeszłam.
Niestety kłopoty, jakich przysporzył mi Potter skutecznie odciągnęły mnie od lektury. Dopiero po owym meczu pamiętnym meczu z Puchonami mogłam poświęcić więcej czasu na studiowanie teorii czarnej magii. Właściwie każdą wolną chwilę poświęcałam na czytanie tych ksiąg. Gdybym mogła, zabierałabym je ze sobą na zajęcia, lecz opasłe woluminy wzbudziłyby ciekawość moich „rówieśników”. Zapewne zdziwieni byliby czego może szukać jedenastolatka w dziwacznych, niekiedy złowrogo wyglądających tomach. Dlatego w czasie lekcji skupiałam się bardziej na obserwowaniu Pottera. Robiłam to już z przyzwyczajenia, bo teraz nie miałam podstaw, by obawiać się kolejnego numeru z jego strony.
O dziwo był bardzo skupiony na zajęciach i na nauce. Coś jakby się w nim zmieniło – przestał być rozproszony, przykładał się do zajęć i co najciekawsze zaczął traktować cieplej Quirella. Do tej pory raczej byli dla siebie chłodni i obojętni, gdyż Harry wyczuwał dystans z jakim traktuje go młody profesor.
***
Pewnego sobotniego i bardzo deszczowego popołudnia siedziałam sobie przy kominku pogrążona w lekturze „Czerwonego smoka”. Działo się to mniej więcej dwa tygodnie po meczu Puchonów i Gryfonów. Niespodziewanie w moim pokoju zjawiła się Agdam – zazwyczaj zapowiadała swoje wizyty, wysyłając jednego ze swoich mniejszych przyjaciół i sług. Tym razem zjawiła się bez zapowiedzenia, a to oznaczało ważne wieści.
- Rzadko kiedy przybywasz niezapowiedziana. Nie lubisz takiej pogody, a jednak coś przygnało Cię z lasu do mnie. Mów proszę – powiedziałam gestem wskazując na drugi fotel, który zazwyczaj zajmował Cedric.
- Mam dla Ciebie kilka rewelacji.
- No nie zgadłabym – powiedziałam z przekąsem.
- Pamiętasz jak rozstałyśmy się tuż po meczu Puchonów z Gryfonami? Wy z Cedrikiem pomaszerowaliście do zamku, ja wróciłam do siebie. A teraz kilka rewelacji dla Ciebie: po pierwsze Potter nie wrócił ze stadionu od razu do pokoju wspólnego Gryffindoru. Zanim odstawił po miotłę do schowka, polatał sobie nad Zakazanym Lasem.
- Czego tam szukał?
- Właściwie na początku byłam pewna, że odreagowywał emocje. Ale potem, kilka dni później poznałam prawdziwy powód.
- Czyli…? - ponaglałam ją.
- Pamiętasz, jak Ci mówiłam, że bardzo nie lubię, jak mi się ktoś koło domu pałęta? – pamiętałam, że wspominała o tym i kilku innych rzeczach. – No więc pamiętasz też, że dookoła domu, w różnej od niego odległości mam rozstawione straże, które obserwują las, zawracają zbłądzonych wędrowców i odstraszają intruzów. A także działają jako szpiedzy.
- I co w związku z tym? – owszem bywam niecierpliwa, zwłaszcza jeśli chodzi o ważne sprawy.
- To – pokazała mi fiolkę ze srebrzystą mgiełką przemieszczającą się w środku.
- Wspomnienie. Ale co ma czyjeś wspomnienie do latającego nad Zakazanym Lasem Pottera i sprawy kamienia?
- Zobaczysz je i zrozumiesz. Masz tu może myślodsiewnię?
Przedmiot, o którym mowa to kamienna misa z runicznymi napisami, niezbyt głęboka, która służyła czarodziejom do odsiewania zbędnych myśli. Można było w niej przeglądać zarówno swoje i cudze wspomnienia.
Sięgnęłam do jednej z szafek i wyciągnęłam z niej naczynie. Było znacznie skromniejsze od tego, które posiadał Albus Dumbledore, ale nadal posiadało wiele uroku.
Agdam zbliżyła się do mnie, odkorkowała fiolkę i wlała do myślodsiewni jej zawartość. Na dnie zakotłowało się, przez moment zawartość zrobiła się mętna, potem zaś na powierzchni dostrzec można było zarys jakichś drzew. Misę ustawiłam na stoliku, pochyliłam się i zanurzyłam twarz w srebrzystej mgiełce.
Długo leciałam w dół. Szarość ustępowała przytłumionym kolorom lasu – ciemnej zieleni i ciemnemu brązowi. Niebo miało jeszcze kolor błękitu, choć założyć bym się mogła, że jeśli spojrzeć w stronę jeziora zaczynało przybierać czerwony kolor właściwy zachodowi. Stworzenie, którego wspomnienie dane było mi oglądać, poderwało łeb do góry i spojrzało w niebo, gdzieś na wschód od miejsca, w którym staliśmy. Podążyłam za jego wzrokiem – ciemny kształt krążył po niebie. „Potter” uświadomiłam sobie.
Akela, bowiem tak nazywał się ów stwór, przez chwilę obserwował lot Harry’ego, a kiedy ten zniknął mu z pola widzenia, pobiegł przed siebie, ku miejscu, gdzie zniknął młody czarodziej. Nie miałam wyjścia, musiałam podążyć za nim. Dotarliśmy na skraj cienistej polany.
A na polanie znajdowały się dwie osoby – Snape i Quirrell. Raczej nie byli dobrymi przyjaciółmi, a i miejsce spotkania wybrali dziwne. Nie lepiej byłoby umówić się w gabinecie jednego z nich? Albo zaaranżować spotkanie w Hogsmead? Przecież dla obcych, jakimi byli Ci dwaj, Zakazany Las nie był zbyt gościnnym miejscem. Czy sprawa była aż takiej wagi, by nikt przypadkiem się o niej nie dowiedział? I tak cała jej tajemnica została pogwałcona, czy to przez Akelę, a dzięki niemu również mnie, czy to przez Pottera, który czaił się gdzieś po drugiej stronie polany.
- … n-n-nie wiem d-dlaczego chciałeś się ze mną s-spo-spotkać w takim miejs-s-cu S-s-severusie… - powiedział Quirrell, który wyglądał, na bardziej zdenerwowanego niż zwykle.
- Tu nikt nas nie spotka. Nie będzie świadków. A chyba nie chciałbyś – mówił Snape najzimniejszym tonem, na jaki było go stać – żeby uczniowie dowiedzieli się o Kamieniu?
„I tak wiedzą”, pomyślałam. „A przynajmniej pewna grupka wie”.
- N-n-nie, S-s-severusie, o-o-oczywiście, że n-n-nie – wymamrotał jeszcze bardziej zlękniony Quirrell.
- Możesz mówić głośniej Quiriniusie. Nikt cię tu nie usłyszy – na twarzy Snape’a pojawił się złośliwy uśmieszek.
Ciałem profesora od obrony przed czarną magią wstrząsnęły dreszcze – jakby ten uśmiech Smarkerusa spowodował, że temperatura na polanie spadła poniżej zera. Snape stosownie odczekał, aby Quirrell uspokoił swoje biedne skołatane nerwy i ciągnął dalej.
- Odkryłeś jakiś sposób na tego psa Hagrida?
- S-s-severusie, j-j-ja…
- Chyba nie chcesz mieć we mnie wroga, co Quirrell?
- J-ja n-n-nie wiem, c-c-co ty…
- Wymyśl coś, jakieś Twoje hokus pokus. Coś co pozwoli oszukać psa. Czekam…
- A-a-ale j-j-ja nie…
- Widzę, że doskonale się rozumiemy. Do zobaczenia niedługo, kiedy znów utniemy sobie przyjacielską rozmowę.
Rozmowa była skończona Quirrell i Snape rozeszli się w dwóch kierunkach, obaj wielce niezadowoleni z obrotu, jaki przybrały sprawy. Akela również nie widział dalszego sensu siedzenia na polanie. Wrócił na swoje stanowisko. Wspomnienie dobiegło końca.
Wróciłam do rzeczywistości.
- No rzeczywiście ciekawa sprawa – powiedziałam do Agdam, buszującej pomiędzy książkami przyniesionymi przeze mnie z biblioteki. Kilka woluminów ją tak zaciekawiło, że musiałam powtórzyć jeszcze raz tę kwestię, by zrozumiała, że skończyłam oglądać wspomnienie.
- Na Twoim miejscu przycisnęłabym obu i wypytała co kombinują. Bo od razu widać, że jeden i drugi mają jakieś ciemne interesy w głowie.
Zebrałam wspomnienie z powrotem do fiolki, chciałam ją oddać Agdam, ale ta pokręciła głową.
- W razie czego pokażesz je Dumbledore’owi. Niech on zadecyduje.
piątek, 06 sierpień 2010, 20:05 Zakład
Rozgadałam się o swoich sprawach, a mecz Puchoni kontra Gryfoni, w którym sędziować miał Snape, zbliżał się nieubłaganie. Cała drużyna Gryffindoru była bardzo zdenerwowana, ale jeden zawodnik martwił się bardziej od innych. Był to oczywiście Harry. Wiadomym było, że opiekun Slytherinu sędziował po raz pierwszy, a wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak traktował Gryfonów, nie mówiąc już o tym co z chęcią zrobiłby z Harrym, którego nienawidził nawet bardziej niż jego ojca.
W dniu poprzedzającym mecz udałam się do Dumbledore’a, aby poprosić go o pewną przysługę. W gabinecie zamiast dyrektora zastałam Flitwicka i Minervę, zawzięcie dyskutujących o szansach Gryfonów w nadchodzącym meczu.
- Moim zdaniem Potter nie złapie znicza, tak szybko, jak to sugerujesz, Filiusie – powiedziała Minerva.
- No wiesz siostrzyczko – wtrąciłam się do dyskusji – jeśli nie wierzysz w swoich zawodników, to co z Ciebie za opiekunka domu?
- Właściwie powinnam Cię zbesztać za Twoją bezczelność Mortycjo, ale daruję Ci tym razem. Filius obstawił, że mecz potrwa nie dłużej niż dwadzieścia minut. Moim zdaniem Potter choćby był najbardziej utalentowanym zawodnikiem nie będzie w stanie złapać znicza z taką szybkością. Jeszcze zbyt mało potrafi.
- Wydaje się, że pan Potter będzie chciał zakończyć ten mecz jak najszybciej – mruknął Flitwick.
- Same chęci mu nie wystarczą. Potter potrzebuje jeszcze kilku lat treningu, by w taki sposób kończyć mecze.
- Chęci zastąpią mu umiejętności. Choć i w te bym nie wątpił. Ale jeśli chcesz Minervo, możemy się założyć czy mecz zakończy się tak szybko jak przewiduję.
Ku mojemu najszczerszemu zdumieniu Minerva zgodziła się i obstawiła swoją opcję.
Zapadła niezręczna cisza, którą zdecydowałam się przerwać.
- Tak sobie tutaj stoimy i debatujemy, ale gdzie jest dyrektor?
- Albus wyszedł chwilę temu. Powinien za chwilę wrócić – poinformował mnie Flitwick. Ściszył głos i dodał: - A może dorzucisz się do zakładów?
Pokręciłam głową w geście zaprzeczenia, rzuciłam tylko:
- Może obstawiajcie między sobą, znaczy się w gronie nauczycielskim.
Jak się później miało okazać, Filius posłuchał mojej sugestii i w zakłady wciągnął prawie całe grono pedagogiczne. Jedynymi osobami, które nie obstawiały byli: Binns (no bo jak duch ma coś obstawiać, z resztą Binnsa nigdy nie interesował quidditch), Snape’a, który wszak sędziował i miał być bezstronny i Dumbledore’a, który uparł się, by nie wciągać go w żadne zakłady i żaden hazard.
Wróćmy jednak do owej wizyty w gabinecie dyrektora. Zgodnie z przewidywaniami Fliwicka Dumbledore zjawił się niedługo później. Choć proponowano mi jako pierwszej załatwienie mojej sprawy, odmówiłam i odczekałam swoje w kolejce. Gabinet dyrektora jest na tyle przestronny, bym nie musiała przeszkadzać Flitwickowi i Minervie w załatwianiu ich spraw. Akurat przebudził się jeden z dawnych dyrektorów Hogwartu drzemiący dotychczas w ramach swojego obrazu, czarodziej Everard, który pamiętał mnie z jednej z moich licznych prób ukończenia Hogwartu i dobrze wiedział kim jestem. Ucięłam sobie z nim przyjacielską pogawędkę, ba zagadałam się z nim na temat wydarzeń, jakie rozegrały się po moim odejściu ze szkoły, tak że nie zauważyłam nawet, że zostałam z Dumbledorem sama.
- Mortycjo – ciepły głos Albusa wyrwał mnie z rozmowy z Everardem, którego przeprosiłam i poprosiłam o dokończenie rozmowy później. – Z czym do mnie przychodzisz.
Prosto z mostu wypaliłam o co chodzi:
- Snape nie może sędziować.
- Mortycjo, Severus może nigdy nie sędziował, ale złożył mi pewną obietnicę w zamian za możliwość sędziowania w tym meczu: będzie uczciwy i nie będzie stronniczy.
- Nie wierzę mu.
- Ale JA mu wierzę.
- Albusie, czy wierzysz również w to, że na poprzednim meczu bronił Pottera przed czarną magią?
- Owszem.
- Wierzysz w każde jego słowo? Wierzysz mu? Byłemu śmierciożercy?
- Jego kariera jako śmierciożercy dobiegła końca dawno temu. Przecież znasz tę sprawę.
- Znam, ale nie wierzę jego zapewnieniom. Nie ufam mu. Zmienił się zbyt szybko w Twojego pokojowego pieska Albusie. Ale moim zdaniem Snape nie jest taki czysty, jak usiłuje nam sugerować. Weźmy chociażby jego nienawiść do Pottera. Przecież on nienawidzi Harry’ego nawet bardziej niż Jamesa.
- Mortycjo, posuwasz się o krok za daleko…
- A to, że on jest winien tego, że Voldemort dowiedział się o przepowiedni?
- To nie ma znaczenia. Severus już dawno nie jest sługą Toma.
- Nic, absolutnie nic, nie jest w stanie przekonać Cię…
- Nic. Ufam mu. Z resztą dałem mu słowo. Tak bardzo chciał sędziować.
- Dobrze więc – powiedziałam zrezygnowana. – Skoro taka jest Twoja wola… W takim razie mam do Ciebie prośbę.
- Jaką?
- Przyjdź na mecz. Będę wtedy spokojniejsza. Ktokolwiek by nie atakował wtedy Pottera, czy to był Quirell, czy to Snape, czy może oni dwaj na raz, nie odważy się tego powtórzyć przy Tobie.
- Skoro chcesz, abym się pojawił, to dobrze. Przyjdę. Jeśli to ma uczynić Ciebie spokojniejszą.
- Dziękuję. I do zobaczenia jutro na meczu.
Pogłaskałam Fawkesa po jego ślicznej główce, odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Cedric czekał na mnie w wieży. Przystojny elf, wcale niepodobny do tego czternastolatka, którego oblicze prezentował przed uczniami. Właśnie skończył kąpiel, z jego ciemnych włosów nadal kapała woda.
- Już po treningu?
- Yhym – mruknął. Był wyraźnie niezadowolony. Tylko nie wiedziałam dlaczego. Spojrzałam w lustro i od razu uświadomiłam sobie, co było ze mną nie tak.
Wchodząc do wieży zapomniałam zrzucić iluzji. Natychmiastowo naprawiłam swój błąd.
- Dużo lepiej – powiedział z uśmiechem na twarzy.
- Wracając od Dumbledore’a wpadłam na genialny pomysł, jak odciągnąć na jeszcze jakiś czas Pottera od zainteresowania kamieniem. Właściwie podpowiedział mi to Flitwick.
- O co chodzi?
- Posłuchaj…
***
Wspominałam już, że Agdam zazwyczaj towarzyszyła nam lub mi na meczach quidditcha? Wspominałam. Tym razem nie miało być inaczej.
Przyszła do nas z rana. A właściwie bardzo rano. Zbyt wcześnie jak na mój gust.
Spaliśmy jeszcze smacznie, kiedy usłyszałam charakterystyczne pukanie do drzwi. Nie otwierając oczu powiedziałam:
- Wejdź i się rozgość. Jak wstaniemy to zejdziemy do Ciebie.
Koło godziny później zeszliśmy do niej na dół. Nie nudziła się – Mia dobrze się nią zajęła.
- To co idziemy?
Pokiwaliśmy głowami i poszliśmy na śniadanie, a po nim udaliśmy się na stadion. Tam na chwilę rozdzieliliśmy się – ja poszłam z Cedrikiem ku szatniom drużyn, a Agdam poleciała na trybuny zająć nam dogodne miejsce.
W szatni spotkałam się z dość chłodnym przyjęciem, mimo czarno-żółtego szalika Hufflepuffu na mojej szyi. Nie chcąc się narażać drużynie Puchonów szybko pożegnałam się z Cedrikiem, dając mu całusa na szczęście.
Z szatni Puchonów skierowałam się ku szatni Gryffindoru. Ale zanim tam dotarłam rozejrzałam się po trybunach. Na mecz przybyła niemal cała szkoła. Rzut oka ku profesorskiej loży upewnił mnie, że Dumbledore, jak zwykle dotrzymał danego słowa.
Wpadłam do szatni Gryfonów i powiedziałam:
- Słuchajcie, cała szkoła przyszła. Wszyscy nauczyciele… Nawet, nie uwierzycie, Dumbledore przyszedł!
Nie uwierzyli – kilka głów wychyliło się i spojrzało na trybuny.
- Rzeczywiście Dumbledore…
Życzyłam im powodzenia i wyszłam. Poleciałam od razu na górę, do Agdam, nie zatrzymując się już po drodze. Nawet Malfoy zbliżający się do trójki Neville-Ron-Hermiona nie zainteresował mnie na tyle, by przerwać wędrówkę w górę.
Zasiadłam spokojnie na trybunie obok Agdam, zdążyłyśmy chwilę porozmawiać, gdy w końcu mecz się rozpoczął.
Snape dziwnie wyglądał na miotle. Bardziej niż zwykle przypominał wielkiego czarnego nietoperza.
Mecz rozpoczął się od kilku udanych akcji drużyny Hufflepuffu, ich ścigający zdobyli czterdzieści punktów, zanim Gryfoni się zdołali przebudzić. Cedric i Harry krążyli nad boiskiem wyczekując pokazania się znicza. Choć Harry robił to dokładniej, bo Cedric częściej odwracał wzrok od trybun i patrzył w stronę trybun, posyłając mi co rusz swój uśmiech.
- Rozpraszasz go Mort – szepnęła ze śmiechem Agdam.
- Najwyraźniej – uśmiechnęłam się do niej. Nic nie powiedziałam jej o wczorajszym pomyśle. Cedric zgodził się na niego po długim ociąganiu. Szczerze sobie powiedzmy – nie było w jego ambicji dawanie komuś forów, ale dla świętego spokoju się zgodził.
Oderwałam oczy od boiska i rozejrzałam się po trybunach. Minerva co i rusz spoglądała na klepsydrę, która wskazywała czas, jaki upłynął od pierwszego gwizdka, Dumbledore śledził poczynania Pottera, co z resztą czynili inni nauczyciele. Spojrzałam w przeciwnym kierunku i dostrzegłam ostrą kłótnię między Malfoyem i jego bandą a Weasleyem i innymi przyjaciółmi Pottera, która lada chwila mogła przerodzić się w rękoczyny.
Nagle publika westchnęła i zaczęła bić brawa. Mecz się skończył – Potter złapał znicza. Spojrzałam na klepsydrę. Minęło nie więcej niż piętnaście minut. Flitwick wygrał zakład. A ja mogłam liczyć na kilka dni a przy dobrych wiatrach kilka tygodni spokoju i wolności od pilnowania Pottera przed kłopotami, w jakie mógłby się wpakować szukając Kamienia.
czwartek, 22 lipiec 2010, 18:01 List z Ministerstwa
Niepokoiła mnie bardzo sprawa bezpieczeństwa Kamienia Filozoficznego, ale po reakcji Dumbledore’a mogłam z łatwością wywnioskować, że ufa Potterowi i spółce. Ja jednak miałam na nich baczenie, bo nie wiadomo, co może dzieciakom przyjść do głowy. Na jednej z lekcji, była to bodajże Obrona przed Czarną Magią, przysłuchując się rozmowie Harry’ego z Ronem, dosłyszałam, jak dywagują o tym, co zrobiliby, jeśli stali się szczęśliwymi posiadaczami Kamienia. Dyskusja trwałaby w najlepsze, gdyby nie fakt, że rudzielec przypomniał Harry’emu o zbliżającym się meczu, w którym sędziować miał, o dziwo, Snape.
- Będę grał – zdecydował Potter. Ucieszyło mnie to niezwykle, gdyż przynajmniej na jakiś czas zapomni o sprawie Kamienia. – Gdybym się wycofał, Ślizgoni pomyśleliby, że boję się Snape’a. A tak… zetrę im te głupie uśmieszki z twarzy.
Zadowolona pogrążyłam się w myślach, nie słuchając dalszego ciągu rozmowy.
Byłam przekonana, że quidditch odciągnie Harry’ego od Kamienia Filozoficznego, ale wiedziałam, że stanie się tak na krótki czas. Musiałam zatem zaplanować, co zrobić, by potem nie interesował się tą sprawą. No i trzeba było wymyślić jakiś sposób na to, żeby przekonać Dumbledore’a do użycia wzmożonych środków ostrożności. Stanęłam przed nie lada wyzwaniem.
Oba te zadania wymagały ode mnie mnóstwa wysiłku i sprytu, a nade wszystko czasu. A tego, jak na złość, było bardzo mało. Z resztą żyłam już na tyle długo, by wiedzieć, że w takich sytuacjach zawsze brak czasu. „Jakoś to będzie”, pomyślałam. I wtedy usłyszałam delikatne stukanie w szybkę.
Rozejrzałam się po klasie i zauważyłam w jednym z okien sowę płomykówkę, bardzo podobną do tych, które przysyłali mi przyjaciele z Ministerstwa Magii. „A więc mam wiadomość i to pilną. Ciekawe od kogo?” zastanawiałam się. W międzyczasie Quirell otworzył okno, wpuścił sowę, która upuściła na jego biurko list, po czym odleciała w nieznanym kierunku.
- Do panny Mortycji McGonagall, z – czytał nauczyciel – z Mi-mini-ministerstwa M-m-magii.
Po klasie przebiegł szum zdziwionych głosów. Czemu jedna z uczennic miałaby dostać pismo z Ministerstwa?
Podniosłam się szybko z ławki, podeszłam do biurka i zabrałam list. Zdumione oczy moich rówieśników nie przestawały śledzić moich posunięć. Kiedy usiadłam w ławce, wszyscy z powrotem zdawali się interesować lekcją, jednak widziałam ich ukradkowe spojrzenia rzucane mi znad książek i pergaminów. Nie otwierałam listu, wsunęłam go do torby.
Po dzwonie, oznaczającym przerwę na drugie śniadanie, szybko udałam się w stronę Wielkiej Sali. Nie dotarłam jednak do niej, bo Cedrika spotkałam tuż przed wejściem.
- Właśnie dostałam list – powiedziałam i pociągnęłam go za sobą.
Wpadliśmy do pierwszej nieużywanej klasy, Cedric zabezpieczył drzwi zaklęciem, ja natomiast zabrałam się za dokładne oględziny listu. Musicie bowiem wiedzieć, że wiadomości, które dostawałam od członków Zakonu, nie były tak do końca zwyczajne – przecież pisali o bardzo ważnych dla nas wszystkich sprawach. Poplecznicy Voldemorta tkwili w utajeniu i wypatrując jakiegoś znaku od swojego pana. Część z nich usiłowało go szukać, część tylko wyczekiwało na wiadomości o nim. Ukryci pomiędzy zwykłymi czarodziejami, przyczajeni wśród wpływowych osób, bywalcy przyjęć organizowanych przez Korneliusza Knota, czy nawet pracownicy Ministerstwa Magii. Wciąż działają zaklęcia Imperius, rzucone lata temu, podczas wielkiego terroru Voldemorta, jego ludzie wciąż monitorują pocztę wychodzącą z Ministerstwa, tak jak to robili przed jego upadkiem. Z resztą list skierowany do uczennicy Hogwartu wzbudziłby zbyt wielkie zainteresowanie, nie mógł zatem zostać wysłany niezabezpieczony. Nawet moi rówieśnicy byli zaciekawieni, gdy usłyszeli, skąd pochodzi list. A gdyby jeden z nich przypadkiem go otworzył i przeczytał? Dlatego też wiadomości od Zakonu były szyfrowane i zabezpieczone kombinacją zaklęć, znaną tylko wysyłającemu. Po otrzymaniu takiego listu zaczyna się żmudna praca nad jego otworzeniem i odczytaniem.
Na środku klasy ustawiłam jednym machnięciem stolik i po jego stronach dwa krzesełka. Zasiedliśmy na nich oboje, między nami położyłam list. Jednocześnie wycelowaliśmy różdżki, z naszych ust popłynęły słowa. Najpierw, działając wedle protokołu Zakonu, wyrecytowaliśmy tekst przysięgi. Teraz przyszła kolej na ciekawsze elementy – jak chociażby identyfikacja zaklęć użytych do zabezpieczenia listu no i oczywiście odszyfrowanie treści. Zanim jeszcze zaczniemy łamać zaklęcia, wypada dowiedzieć się od kogo jest list.
Obracając kopertę w dłoniach, staram się skupić na nadawcy. Rzut okiem na charakter pisma i znów myśli krążą wokół nadawcy. Widzę jak pisze słowa: „Panna Mortycja McGonagall”, stawia kropkę za ostatnim „l”. Widzę, jak przystawia pieczęć Ministerstwa Magii. Skraj szaty, dłoń. Palce. Delikatne choć już nieco pomarszczone, kobiece. Już wiem kto pisze.
- Landra – mówię, przerywając trans.
- Cholera – zaklął Cedric. – Ona zawsze wymyśla piekielnie trudne do obejścia zaklęcia. Dobra, zabieramy się do pracy.
Wbrew pesymistycznym przewidywaniom Cedrika, poszło całkiem sprawnie. Pierwsze zaklęcie złamane zostało w kilka sekund, drugie nie było trudniejsze. Jedynie trzecie i czwarte sprawiło nam trudności, lecz odrobina fantazji i sprytu i było gotowe. No właściwie prawie gotowe – trzeba było tylko jeszcze rozszyfrować list.
- Jak myślisz czego użyła? – zapytałam Cedrika.
- Pokaż list, zaraz się dowiemy.
Cedric wziął pergamin w dłonie i zaczął czytać. Najpierw spróbował szyfr Cezara, na nic niestety. Spróbował Ottendorfa i również poniósł porażkę. Do kolejnej próby spróbował Palyfaira… i dalej nic.
- Spróbuj Vigenere’a – podpowiedziałam. Intensywnie przyglądałam się kopercie. Nagle zdało mi się, że jedna z liter różni się od pozostałych. – Tak, to jest Vigenere. Z autokluczem. Spójrz tu – pokazałam Cedrikowi kopertę.
- No to teraz mamy z górki.
Cedric bardzo szybko uporał się z odczytaniem wiadomości. Podał mi pergamin, a ja odczytałam.
„Droga Mortycjo, drogi Cedriku.
Nasi ludzie w Albanii są niemalże pewni, że po wizycie w Puszczy Albańskiej Quirell bardzo dziwnie się zachowywał. Podobno rodzina, u której mieszkał widziała coś dziwnego na jego głowie. Dokładnie z tyłu. Coś jakby drugą twarz. Tak przynajmniej opowiadała gospodyni. Potwierdzone jest także, że na jakiś czas przed przyjazdem Quirella odnotowano wzmożoną aktywność stworzeń czarnomagicznych. Kiedy wyjechał wszystko się uspokoiło.
Kingsley obawia się, że Quirell może zagrażać Harry’emu. Miejcie na niego oko.
Ściskam was mocno.
Landra Navarro.
PS. Nigdy nie wspominaj Twojej siostrze, że jestem w Anglii. Wiesz, jak ona mnie nie znosi.”

- Oby ta aktywność nie oznaczała powrotu Voldemorta – powiedział cicho Cedric.
Puszczając jego słowa mimo uszu zrobiłam ostatnią rzecz, jaką trzeba było wykonać – zniszczyłam list.
Wyszliśmy z klasy i popędziliśmy do Wielkiej Sali. Może lunch się jeszcze nie skończył. Rzeczywiście – trwał jeszcze.
Rozdzieliliśmy się i każde znalazło się przy swoim stole.
- Hej Mortycja – usłyszałam jakiś głos, jak się okazało należący do Rona. – Co było w tym liście z Ministerstwa?
Całe szczęście, że siedział na tyle blisko, by nie musiał krzyczeć. Inaczej cały Hogwart dowiedziałby się o tym, że siostrzyczka zastępcy dyrektora dostaje listy prosto z Ministerstwa Magii. Tak wiedział o tym tylko cały Gryffindor.
- A nic ciekawego – powiedziałam. – Tylko to, że odrzucili moją kandydaturę do kursu aurorskiego. Motywując to wiekiem. Phi, jakby wiek coś zmieniał…
I pozostawiając ich z głupimi minami zaczęłam jeść.
niedziela, 14 luty 2010, 23:32 Sprawa Flamela i kamienia filozoficznego
Ferie bożonarodzeniowe dobiegły końca. Uczniowie wrócili do Hogwartu, a wraz z nimi panna Hermiona Granger. Od momentu jej pojawienia się w Wielkiej Sali rankiem trzeciego stycznia, nie spuszczałam oka z całej trójki. Wszędzie byłam na tyle blisko, by usłyszeć, o czym szepczą między sobą, ale nigdy tak, by mnie dostrzegli bądź zauważyli, że ich obserwuję czy śledzę. Żeby ich obserwować przeniosłam się na jakiś czas do Wieży Gryffindoru, co Lavender Brown, która nigdy nie darzyła mnie zbytnią sympatią, pewnego popołudnia skwitowała kwaśną miną, po czym szepnęła do Parvati, swojej najlepszej przyjaciółki:
- Widać znudziło jej się samotnicze życie.
Udałam, że nie dosłyszałam, skupiając się na tym, by przegrać partię czarodziejskich szachów z Ronem Weasley’em. Harry i Hermiona siedzieli obok i kibicowali swojemu rudowłosemu przyjacielowi.
Trzeba przyznać, że najmłodszy syn Weasley’ów był wymagającym szachowym przeciwnikiem, ale gdyby mi tylko zależało na wygranej, potrafiłabym go pokonać, wykorzystując parę mankamentów jego bardzo ryzykownego planu. Teraz natomiast miałam wobec nich inne plany, więc usilnie starałam się przegrać. Wykonywałam tak nieprzemyślane posunięcia, iż w pierwszej chwili mój przeciwnik myślał, że to część jakiejś wyjątkowo skomplikowanej taktyki, lecz każdym moim posunięciem upewniałam go, że działam bez ładu i składu. W końcu, po udanej szarży jego gońca, który zbił mojego hetmana, gra zakończyła się.
- Szach i mat! – krzyknął tryumfalnie Ron. Zmierzył mnie wzrokiem i powiedział: - Ostatnim razem grałaś zdecydowanie lepiej.
- To widocznie nie mój dzień – odparłam głosem udającym zmęczenie.
Chciałam dodać coś jeszcze, ale w tym samym momencie przez dziurę za obrazem Grubej Damy, przeleciał Neville. Upadł na twarz tuż za progiem i z miejsca się rozbeczał.
Cała nasza czwórka poderwała się z miejsc i ruszyła biegiem przez salon w stronę płaczącego Neville’a, którego nogi, jak się okazało, były sklejone za pomocą zaklęcia, zwanego Zwieraczem Nóg. Wyciągnęłam z kieszeni różdżkę, wycelowałam ją w nogi biednego Gryfona i wyszeptałam przeciwzaklęcie.
We czwórkę pomogliśmy mu wstać, otrzepaliśmy go z kurzu, pomogliśmy doprowadzić się do stanu używalności. Harry gdzieś zniknął, a my, w trójkę, zajęliśmy się wypytywaniem i uspokajaniem Neville’a.
- Kto ci to zrobił? – zapytałam, kiedy Neville przestał szlochać i był w stanie odpowiedzieć mi na pytanie.
- Ma… Ma… Malfoy – wyjąkał. – Po.. Powiedział, że szuka kogoś na kim mógłby poćwiczyć.
- Czemu nie poszedłeś z tym do profesor McGonagall? – zapytała zdumiona Hermiona.
- Nie chcę mieć kłopotów.
- Neville, słuchaj, nie możesz pozwalać mu sobą pomiatać. Musisz się postawić – szepnął Ron.
Chłopak nie odpowiedział, zaszlochał tylko.
- Spokojnie, Neville, głowa do góry. Poradzimy sobie z Malfoy’em – powiedziałam.
- Mortycjo, nie łam regulaminu. Żebyśmy nie stracili punktów – przestrzegła mnie Granger.
- Nie stracimy – powiedziałam. Po czym, po chwili dodałam niedosłyszalnie dla nich: - Zbyt wielu.
W tym momencie pojawił się Harry, niosąc pudełko z czekoladowymi żabami.
- Jesteś wart tuzin takich Malfoy’ów. A teraz, rozchmurz się. – Podetknął koledze pudełko z żabami pod nos i powiedział: - Została mi ostatnia. Weź, pomoże ci.
- Dzięki – powiedział już prawie wesoły Neville, wpychając sobie czekoladową żabę w usta. Podał Harry’emu kartę – Wiem, że zbierasz – po czym zwrócił się do mnie: - Mortycjo, pomożesz mi z zadaniem domowym z eliksirów?
- Oczywiście – po czym z Nevillem zajęłam najbliższy wolny stolik.
W tym samym czasie Harry spojrzał na trzymaną przez siebie kartę.
- Dumbledore. Znowu… Był na mojej pierwszej karcie.
Po chwili usłyszałam jego podniecony szept:
- Znalazłem go!
- Kogo? – spytał zdziwiony Ron.
- Flamela! Posłuchajcie: „… i ze swoich dzieł alchemicznych napisanych wspólnie z Nicolasem Flamelem.”
„Kurczę, są zbyt blisko odkrycia prawdy. Muszę ich jakoś powstrzymać. A przede wszystkim, poinformować Dumbledore’a”, myślałam. Jednocześnie tłumacząc Neville’owi zadanie domowe z eliksirów, przysłuchiwałam się rozmowie Pottera i spółki.
Hermiona zerwała się na równe nogi i pobiegła do swojego dormitorium. Nie było jej dłuższą chwilę, ja zaś zdecydowałam, że są ważniejsze sprawy niż wysłuchiwanie, co wie wszechwiedząca panna Granger o kamieniu filozoficznym.
- Wybacz Neville, muszę coś załatwić. O pomoc poproś Hermionę.
Nie czekając na jego reakcję, poleciałam jak strzała w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego, roztrącając wchodzących do pokoju uczniów. Najpierw skierowałam się ku mojej wieży, ale zmieniłam zdanie i pobiegłam w kierunku gabinetu dyrektora. W biegu podałam hasło i wskoczyłam na schody.
- Mortycjo, co ci tak śpieszno? – zapytał spokojnym głosem Dumbledore, mimo iż o mały włos na niego nie wpadłam.
- Albusie, mam bardzo pilne wieści – wyszeptałam.
Dyrektor nalał mi soku dyniowego, wskazał fotel naprzeciw swego fotela, sam również usiadł. Na jego kolano sfrunął Fawkes, feniks, którego pióro znajdowało się w mojej różdżce. Albus pogładził go po łebku, po czym skinął na mnie.
- Cóż takiego ważnego cię do mnie przygnało?
- Chodzi o Pottera.
- Znowu?
- Tak. Tym razem sprawa jest poważna. Odkryli, we trójkę, czego pilnuje Puszek.
- Myślę jednak, że nie są na tyle lekkomyślni…
- Albusie! To dzieci. Jedenastolatkowie. Oni nie są rozsądni.
- Chyba nie myślisz, że zaczną go szukać?
- Nie wiem, Albusie, nie mam pojęcia. Weasley’owie za bogaci nie są, więc złoto wytworzone kamieniem byłoby wspaniałym darem dla nich. Molly i Arthur na początku mogliby pytać, skąd Ron ma tyle pieniędzy, ale potem… Potem przestałoby ich to obchodzić. A Potter i Hermiona mogliby się skusić na eliksir życia.
- Przesadzasz Mortycjo, chyba nie są aż tak chciwi.
- Może przesadzam. Ale…
- Jakie znowu ale Mortycjo.
- Ale pomyśl, co by było gdyby, wiedza o kamieniu wyszłaby poza te mury? I dotarła do tego, kto próbował go ukraść z Gringotta?
- Mortycjo, Tom nie odważy się przekroczyć muru tego zamku, w jakiejkolwiek formie.
- Albusie, Voledmort opuścił na pewno Albanię i w obecnej chwili w dziewięćdziesięciu procentach na sto, jest na tropie kamienia. Nie uda ci się ochraniać kamienia w nieskończoność. Przekonaj Nicolasa do tego, by pozwolił go zniszczyć.
Wstałam i wyszłam bez pożegnania. Nie wróciłam już do wieży Gryffindoru, wszak nie miałam już po co tam siedzieć. Wezwałam jakiegoś skrzata i poleciłam mu ponowne przeniesienie podręczników, szat i innych drobnostek z powrotem do mojej wieży. Ledwo skończyłam wydawać polecenia, a w wejściu stanął Cedric.
- Widziałem, jak wypadasz w gabinetu Dumbledore’a i pędzisz tutaj. Coś się stało?
- Ten stary dureń, nie chce mi uwierzyć, że kamień jest w niebezpieczeństwie! – rzuciłam.
- A jest?
- Potter wie kim jest Flamel.
Cedrikowi uśmiech spełzł z ust.
- Pięknie – powiedział po chwili milczenia.
- Raz posłuchał mojego ostrzeżenia. Wyszło mu to na dobre, bo najprawdopodobniej już wtedy straciłby kamień. Teraz nie zrobi tego. Woli sądzić, że kamień w Hogwarcie jest całkowicie bezpieczny.
- Tylko dowody na bliskość Voldemorta go przekonają – powiedział smutno Cedric. – A skoro jesteśmy przy dowodach, to czy udowadniałem ci ostatnio, jak bardzo cię kocham?
środa, 09 wrzesień 2009, 19:04 Urodziny
Odkąd przeniesiono Ain Eigarp, Potter spędzał wolny czas w pokoju wspólnym, grając z Weasley’em w szachy lub opowiadając mu o swoim dzieciństwie wśród mugoli. Czasami dosiadałam się do nich, włączając się w dyskusję, lub udzielając Potterowi rad, kiedy grał w czarodziejskie szachy. Jednak większość czasu spędzałam na przygotowaniach do kameralnego przyjęcia, którym zamierzaliśmy uczcić nadejście nowego roku oraz moje urodziny.
***
Największym wyzwaniem były dla mnie dekoracje. Chciałam, by było to coś oryginalnego, niepowtarzalnego, a do tego szalenie gustownego. W końcu zdecydowałam się na nieco ekstrawaganckie połączenie bladego różu i złota. Ze ścian zniknęły boazerie, a ich miejsce zajęły udrapowane bladoróżowe, niemal białe materiały, gdzieniegdzie ozdobione złotymi kwiatami. Tu i ówdzie stały czerwone, czarne i złote świece. Po podłodze walały się mięciutkie poduszki, błagające by na nich usiąść. W kryształowych wazonach ustawione były bukiety róż, a ich zapach unosił się w całej wieży.
Gdy dekoracje były już gotowe, nadszedł czas na ustalenie listy gości. Nie mogło znaleźć się na niej więcej niż dwadzieścia osób, gdyż miejsca musiało starczyć jeszcze na bufet i na parkiet taneczny. W takim wypadku musiałam ograniczyć się do zaproszenia tylko najbliższego kuzynostwa oraz kilkorga bliższych znajomych. Wśród zaproszonych gości znalazły się elfy, wampiry no i oczywiście jeden smoczy demon, Agdam.
Na dzień przed urodzinami, udałam się do kuchni, aby poinformować skrzaty domowe o menu, jakie zaplanowałam na przyjęcie. Zamówienie objęło mnóstwo lekkich potraw, czyli tego co elfy lubią najbardziej, wyborne skrzacie wino i najlepsze ciasta. Krew dla wampirów musiałam zdobyć sama, ale nie stanowiło to dla mnie problemu: jedna wizyta w mogilskiej stacji krwiodawstwa i „pożyczka” kilkunastu zbiorniczków z często występującą grupą krwi 0 Rh+ (co prawda smakosze znów będą narzekać, że nie mam AB Rh- najwykwintniejszego i najrzadszego rodzaju krwi) nie mogła zbytnio zaszkodzić mugolskim pacjentom.
***
Londyn 30 grudnia wyglądał bajecznie, otulony białą, puchową pierzynką. Z wieczornego nieba, rozświetlonego blaskiem miliardów latarni, spadały, wirując, płatki śniegu, powodując, że puchowa pierzynka miała się jeszcze pogrubić. Szkoda, że nad ranem śnieg pewno stopnieje i miasto znów stanie się szare i brzydkie.
Przemierzałam londyńskie uliczki, dzielące Dziurawy Kocioł a mugolski szpital, który obrałam sobie za cel. Gruntownie przygotowana, pod pachą trzymałam aktówkę z przygotowanymi „dokumentami”: fałszywą legitymacją, informującą, że jestem pracownicą jednego z sąsiednich szpitali, jakiś dowód tożsamości, gdyby ktoś zwątpił w prawdziwość legitymacji. Oprócz tego masę innych papierów, w tym te najważniejsze: polecenie wydania mi krwi, podpisane przez ordynatora oddziału chirurgii. Wszystko to było tak doskonale spreparowaną iluzją, że nie sposób było stwierdzić fałszerstwa. Po pewnym czasie czary miały przestać działać i w rękach mugoli pozostać miały tylko puste kartki, ale ja już byłabym daleko. Poza tym w pisma wsączone były zaklęcia modyfikujące pamięć, których działanie opóźnione było aż do momentu, w którym zakończyć miały działanie iluzje.
Pewno zastanawia was po co to wszystko? Po jakiego groma idę do mugolskiego szpitala, by wynieść z niego kilka litrów krwi? Czy nie mogłabym po prostu przetransmutować wody w krew? Gdybym nie posiadała mojej wiedzy, też bym się nad tym zastanawiała, jednak wiem trochę więcej od was. Odpowiem wam zatem na pytania, rozwieję wasze wątpliwości: ta akcja była konieczna. Oczywiście mogłam przetransmutować coś w krew, jednak takie zachowanie moi goście mogliby odebrać jako brak szacunku. Dlaczego? Z prostych przyczyn: magicznie stworzona krew smakowałaby inaczej niż ta prawdziwa, nietknięta magią. Znacie różnice między czekoladą a wyrobami czekoladopodobnymi? Właśnie taka różnica występuje między krwią pochodzącą od żywego stworzenia a krwią wytworzoną magicznie.
Dobrze, już dobrze wracam do właściwej opowieści, bo widzę, że macie bardzo znudzone minki. Na czym to stanęło? A, tak, już pamiętam. Wróćmy więc do tamtego wieczoru, 30 grudnia w Londynie.
Dotarłam wreszcie do szpitala. Pchnęłam lekko drzwi i weszłam do ciepłego wnętrza, przesyconego ostrym zapachem medykamentów. W portierni siedział młody pielęgniarz, znudzonym wzrokiem wgapiający się w ekran zawieszonego na przeciwległej ścianie telewizora. Nie wahając się ani chwili, podeszłam do kontuaru słodkim głosikiem zapytałam:
- Przepraszam, gdzie jest szpitalny punkt krwiodawstwa?
Pielęgniarz nawet nie drgnął.
- Przepraszam, możesz mi pomóc? Przysłali mnie z – tu padła nazwa szpitala, który „reprezentowałam” – w sprawie odbioru krwi. Nie wiem jednak, gdzie się po nią zgłosić…
Teraz dopiero oderwał wzrok od ekranu telewizora i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Nic nie wiem o żadnym odbiorze krwi. Nikt do nas nie dzwonił – mówił, przyglądając się mi badawczym wzrokiem.
Rozpięłam płaszczyk i z wewnętrznej kieszeni wyjęłam papiery. Nie zdziwiłam się, że pielęgniarz zagapił się na mnie – spoza rozchylonych pół płaszczyka wychynęło moje ciało, opięte kusząco uniformem pielęgniarki. Dopiero, kiedy kilkakrotnie machnęłam mu papierami przed nosem, przypomniał sobie, że przyszłam tu w jakiejś sprawie. Wziął dokumenty do ręki, chwilę poprzeglądał i zwrócił mi je. Poprosił o identyfikator, dowód tożsamości. Bez chwili wahania podałam mu je i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń.
- Sammy, jeśli mogę do ciebie tak mówić – powiedział powoli, zwracając mi moje rzeczy – z kim spędzisz Sylwestra?
- Sama w domu, z moim psem. Pewno, jak zwykle przegapię północ i nadejście Nowego Roku.
- Hmmm… A nie miałabyś nic przeciwko, gdybym się wprosił?
- Eeee… - udałam zdziwioną – słuchaj, chyba trochę za krótko się znamy, żebyś przychodził do mnie do domu. Z resztą mam strasznie wścibskie sąsiadki.
- Potrafię być bardzo dyskretny.
- Jakoś tego nie zauważyłam – powiedziałam, może nieco za ostro. – Z resztą, przemyślę tę propozycję jeszcze.
Masz tu jakiś długopis i kartkę papieru? Dam ci w razie czego, moje namiary.
Zapisałam mu numer telefonu, a na koniec przycisnęłam kartkę do ust, by odcisnąć na niej ślad mojej szminki. Tak ozdobioną, podałam ją ogłupiałemu ze szczęścia pielęgniarzowi.
Kiedy odnalazłam szpitalne centrum krwiodawstwa, postanowiłam, że nie mogę robić sobie więcej opóźnień. Bez słowa wytłumaczenia wcisnęłam dyżurującej tam siostrze (podstarzała, wymalowana jak klaun, farbowana blondyna) papiery do ręki. Przeczytała je i od razu pomaszerowała do chłodni i przyniosła mi pojemniki z krwią. Jednak zamiast pozwolić mi z nimi odejść, ciągle o coś wypytywała, cały czas udawała, że coś sprawdza. Zdenerwowana, bez ceregieli, zajrzałam w jej umysł i od razu pojęłam, o co chodzi. Otóż babka również chciała się ze mną umówić. Może nie w Sylwestra, ale przy najbliższej okazji. Nie miała jednak odwagi, by poprosić mnie o numer telefonu. Nie mogłam pozwolić sobie na zwłokę, więc spojrzałam jej prosto w oczy, jedyny ładny element jej osoby, i powiedziałam półgłosem:
- Wybacz, nie gustuję w farbowanych blondynkach.
I wyszłam nawet nie oglądając się za siebie. Ważne, że w torbie miałam kilka litrów ludzkiej krwi dla moich wampirzych przyjaciół. Z resztą za moment miały zacząć działać czary zapomnienia, toteż nie chciałam, by jeszcze ktoś w tym szpitalu mnie widział. Pomachałam wesoło do idioty z portierni, posyłając mu na odchodnym buziaczka.
Raźnym krokiem przestąpiłam próg szpitala, a gdy znalazłam się na ulicy, kilkanaście metrów dalej, aportowałam się wprost w ramiona Cedrika.
- No wreszcie. Zaczynałem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zabłądziłaś.
- Muszę cię rozczarować: do szpitala dotarłam bezproblemowo. Dopiero tam zaczęły się kłopoty. Ale o tym opowiem ci w wieży. Jak przygotowania?
- Wszystko według planu. Naprawdę, długo cię nie było.
- Zaledwie piętnaście minut, a ty marudzisz?
- O te 15 minut za długo.
Ruszyliśmy w kierunku Hogwartu.
***
31 grudnia obudziłam się bardzo wcześnie. Czekał mnie bardzo intensywny dzień, wszystko musiałam podopinać na przysłowiowy ostatni guzik. Niby miały być to tylko kosmetyczne poprawki, ale ja wiem, jak to bywa.
Poprawek wymagała dekoracja – w kilku miejscach materiał był źle udrapowany, a w jednym nawet odczepił się od ściany i stworzył bardzo nieestetyczną fałdę. Kilkoma machnięciami różdżki poprawiłam wszystkie niedociągnięcia. Przeszłam teraz do inspekcji bufetu. Od razu rzuciły mi się w oczy błędy, jakie popełnił ktoś dekorujący stół. Nakrycie stołu było bladoróżowe! Wtopiono go w tło. Tak nie mogło być! Wściekła jak osa, zmieniłam kolor na złoty. Zastawę też musiałam wymienić – na zrobioną z czystego kryształu, ozdobioną herbem Hogwartu.
Koło południa wszystko było już gotowe, pozostało mi tylko wybrać kreację, ufryzować włosy i czekać na pierwszy gości.
I skoro jesteśmy przy wyborze sukni to muszę wam, moi drodzy czytelnicy, powiedzieć, że miałam bardzo duży problem. Nie żebym nie miała żadnej odpowiedniej kreacji. Było ich tak wiele, że nie mogłam się zdecydować. Po chwili namysłu odrzuciłam zwiewną, wykonaną z białego muślinu i batystową w kolorze morza. Czarna z jedwabiu też po jakimś czasie została odrzucona, do kolekcji dodałam jeszcze satynową. Lecz nadal w szafie pozostawało wiele kreacji. Marudziłam jeszcze chwilę, aż mój wzrok padł właśnie na nią. Wtedy mnie olśniło. Wiedziałam, że będzie wręcz idealna. Ostatni prezent od jednej z bliskich kuzynek. Z nieco przytłaczającego aksamitu, w kolorze burgunda. Z długimi rozszerzającymi się ku dołowi rękawami, z głębokim dekoltem, wykończonymi koronką. Góra podkreślająca smukłość sylwetki, dół swobodnie opadający aż do stóp. To była właściwa kreacja. Idealnie pasująca do takiej okazji.
Przymierzyłam suknię i spojrzałam w taflę zwierciadła. Patrzyłam w oczy smukłej, czarnowłosej elfce o alabastrowej cerze, ubranej we wspaniałą suknię z ciemnoczerwonego aksamitu.
Część włosów upięłam, reszcie pozwoliłam swobodnie opadać na plecy. Potem za pomocą magii umieściłam na włosach drobne, lśniące perły.
Byłam gotowa. Tak właśnie zamierzałam wystąpić przed moimi gośćmi. Chyba napisałam o wszystkim. Fryzura gotowa, suknia założona. Wszystko? Chyba tak… Ale ze mnie gapa, nie powiedziałam, jaką biżuterię założyłam… Mądrzy jesteście, więc się domyślcie. Nie? Nie jesteście mądrzy? Dobra, cofam moje słowa. Nie jesteście mądrzy, a więc nie domyślicie się, że włożyłam perły. Bogatą kolię, pięknie wyglądającą w dekolcie sukni i długie kolczyki, spływające aż do ramion.
Zatem byłam gotowa. Do przyjścia gości zostało jeszcze trochę czasu, toteż postanowiłam jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu. Dekoracja była bez zarzutu, poduszeczki leżały tak jak leżeć miały, zastawa stała na swoim miejscu. Brakowało mi jeszcze tylko kilku skrzatów do obsługi.
W momencie, kiedy to pomyślałam zmaterializowało się kilka skrzatów w swoich uniformach – togach udrapowanych z chust i obrusów z godłem Hogwartu. Wszyscy byli czyści i zadbani, na uniformach nie było śladu żadnych zagnieceń czy zabrudzeń.
Chwilę później zaczęli napływać pierwsi goście. Jako pierwsza zjawiła się Agdam. Jak zwykle w wersji minimalistycznej i jak zwykle na czarno. Mimo jasnej karnacji wyglądała zaskakująco dobrze w swojej jedwabnej, klasycznie prostej sukni. Srebrny haft ze splecionych w walce smoków, zaczynający się na prawej piersi, podkreślał talię i ciągnął się do połowy uda, gdzie z kolei zaczynało się rozcięcie. Dekolt zakrywała jedynie srebrna siateczka z geometrycznie rozmieszczonymi rubinami, uwieńczona na szyi czymś w rodzaju ciasnej kolii. Suknia tylko na tym się trzymała, bo była bez pleców. Długie, powłóczyste rękawy nie były do niej przymocowane, bardziej przypominając tym rękawiczki bez dłoni. Uczesanie było tak samo proste - luźny, upięty wysoko węzeł z jasnych włosów, wypuszczał tu i ówdzie figlarne pasemka. Blasku dodawał mu minimalistyczny diadem. On i długie, ażurowe kolczyki z rubinami były jedyną biżuterią. Barwa kamieni stanowiła intrygujący kontrast z jadowicie zielonymi oczami.
Kolejno później zjawiali się: drapieżny Jaguar, jak zwykle w skórzanych spodniach i w białej koszuli (o dziwo, bo zwykle chodzi bez), rozkosznie kontrastującej z jego karnacją; Risika w kreacji stylizowanej na XVII wiek; młodziutka i sympatyczna Jess w nowoczesnej sukience wraz z wiecznie odzianym w czerń Aubrey’em; elegancki i szarmancki Nathaniel oraz chłodny i dystyngowany Jager. Zaraz za nimi przybyli moi elfi krewniacy. Byliśmy już w komplecie.
Impreza zaczęła się punktualnie, wraz z zapadnięciem zmierzchu. Atmosfera początkowo nieco sztywna, już wkrótce się rozluźniła. Napięcie, które wytworzyło się między elfami i wampirami świetnie rozładowała Agdam. Dzięki niej towarzystwo zaczęło radośnie gawędzić, zasypywać się anegdotkami, przekomarzać.
Godzinę po rozpoczęciu imprezy pojawiły się na stole trunki: wytrawne skrzacie wino, słodkie nalewki, lekkie szampany, owocowe drinki i oczywiście krew dla wampirów. Skrzaci kelnerzy zaczęli kursować między tańczącymi na parkiecie parami, roznosząc trunki, serwując przystawki. Większość gości wciąż tkwiła na poduszkach wesoło gawędząc i wpatrując się we mnie wyczekująco. Uznałam więc za stosowne, by zabawić moich gości jakąś wesołą opowiastką. Najlepiej o mojej wizycie w mugolskim szpitalu.
Chciałam jednak, by ten temat wyniknął naturalnie w trakcie rozmowy. Spytałam więc siedzącej najbliżej mnie Risiki, znanej z wrażliwego nawet jak na wampira smaku, o to jak smakuje jej krew.
- Jak na magicznie stworzoną, jest wyśmienita. Mortycjo droga, jesteś geniuszem. Powiedz mi w jaki sposób zneutralizowałaś magię? – powiedziała z uśmiechem.
- Stworzone? Risiko, czy twój zmysł smaku stępiał przez te lata, czy może się myliłam, oceniając cię jako wampira o najlepszym zmyśle smaku? Myślałam, że kto jak kto, ale ty rozpoznasz smak ludzkiej krwi.
- Ludzkiej? – zapytało kilka zainteresowanych głosów.
- A owszem, ludzkiej. A może smakuje jak zwierzęca?
- Nie – odezwał się Jaguar. I zaraz potem z uśmiechem na ustach i drapieżnym błyskiem w oku zapytał: - To wyjaw nam, Morti, ilu uczniów pozbawiłaś krwi?
- O dziwo, jeszcze żadnego – powiedział Cedric z rozbrajającą szczerością. – Chociaż wiem, że ma ochotę kilku pozbawić nie tylko krwi, ale i życia.
- No to w jaki sposób zdobyłaś tyle krwi? – zapytała Jess, która zaledwie chwilę temu wróciła z parkietu, gdzie szalała z Aubrey’em.
- To dłuższa historia, ale jak macie ochotę to posłuchajcie.
Wszyscy goście skupili się wokół mnie ciasnym kręgiem i uważnie słuchali mojej relacji z misji szpitalnej. Opowieść zaczęłam od wyjaśnienia, że mugole mają coś takiego, jak stacje krwiodawstwa. Nieco zdziwiony Jager, najstarszy z wampirów w tym gronie i przez kilka tysięcy lat pozostający z oddaleniu od cywilizacji śmiertelników, zapytał:
- Oddają swoją krew? Dobrowolnie?
Chciał dodać coś jeszcze, ale Jess uciszyła go syknięciem i ponagliła mnie, bym dalej opowiadała. Więc powiedziałam o przygłupie z portierni (kątem oka dostrzegłam lekki grymas, jaki przebiegł przez twarz Cedrika, kiedy wspomniałam o odcisku mojej szminki na kartce z namiarami na „Samanthę”), aż w końcu doszłam do najbardziej kontrowersyjnego momentu całej historii.
- Wszystkie papiery już sprawdziła, ale nie chce mnie wypuścić. Zaraz miały zacząć działać czary modyfikujące pamięć, więc nie mogła mnie zobaczyć, a ona wciąż coś sprawdza, coś przegląda, intensywnie czyta papiery. Wkurzyłam się i to ostro…
- Zabiłaś ją? – zapytał Aubrey.
- Nie, ale ciebie zabiję, jeśli jeszcze raz mi przerwiesz – powiedziałam z uśmiechem na twarzy. – O czym to ja… A no i nie chce mnie wypuścić, więc się zdenerwowałam. Nie szczypiąc się zajrzałam w jej myśli i wyszło. Wyszło, że się chcę ze mną umówić…
Zawiesiłam głos w wyczekiwaniu na ich reakcję.
- Co z nią zrobiłaś? Też dałaś jej fikcyjny namiar? – zapytał mój najukochańszy kuzyn.
- Nie… Powiedziałam jej, że nie gustuję w blondynkach.
Salon wypełnił się śmiechem. Kiedy już ucichł, a trwał dłuższy czas, Cedric zapytał:
- A czyj numer dałaś temu przygłupowi z rejestracji?
- Kierownika szpitala – powiedziałam z uśmiechem, na poły łobuzerskim, na poły świętoszkowatym.
Kolejna salwa śmiechu wstrząsnęła wnętrzem mojej wieży.
***
Impreza trwała do samego rana. O północy wszyscy wyszliśmy przed zamek, by obejrzeć pokaz sztucznych ogni…

piątek, 15 maj 2009, 22:07 Zwierciadło. Wizja domu.
"Cholera", pomyślałam przemierzając korytarze. "Przecież nie mógł rozpłynąć się w powietrzu. Nie mógł prawda?"
Zdawało mi się, że usłyszałam za sobą szept, odwórciłam się, ale nikogo tam nie było. Ganiąc się w duchu za swoje zamiłowanie do ratowania dzieciaków w opałach, powlokłam się do swojej wieży. Potter jak chce, niech się pałęta po nocy, ja jednak muszę spać.
***
Przy śniadaniu usiadłam na tyle blisko Pottera i Weasleya, by usłyszeć o czym rozmawiają.
- Mogłeś mnie obudzić - powiedział z wyrzutem Ron.
- Mogę cię tam zaprowadzić dzisiejszej nocy, bo ja tam na pewno wrócę.
Chyba już wiedziałam, gdzie w nocy zawędrował Potter. A to oznacza, że na jakiś czas przynajmniej zapomni o Flamelu.
***
Tak jak podejrzewałam, Potter oderwał się od myślenia o Flamelu - teraz wieczorami wymykał się do miejsca, na które przypadkiem natrafił w czasie ucieczki z biblioteki.
Wiedziałam też, dlaczego ciągnie Weasleya ze sobą - chciał mu pokazać swoja rodzinę, wszystkich, każde pokolenie. Chciał pokazać przyjacielowi, jak bardzo jest szczęśliwy mogąc oglądać ich wszystkich razem...
...ale Weasleyowi nie dane było tego zobaczyć. Choćby nie wiadomo jak Potter się starał, Weasley nie mógł tego dojrzeć.
Tamtego wieczoru czekałam na nich. Pierwsza odnalazłam opustoszałą klasę, w której nieużywane krzesła i stoliki odepchnięte zostały na bok. Bo było to miejsce, gdzie stało ono. Lustro.
Nie było to takie zwyczajne zwierciadło: piękne, ogromne, sięgające do sufitu, w bogato zdobionej złotej ramie, lśniło tak, jakby wykonane było nie ze szkła, lecz z najczystszego kryształu. U góry, na samym szczycie widniał napis, ułożony z poskręcanych fantazyjnie liter. Układał się w pozornie bezsensowne słowa:
AIN EIGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTĄ WTE IN MAJ IBDO

Lecz każdy, kto z zagadkami miał nie raz do czynienia, domyśliłby się, że skoro jest to lustro, to litery należy czytać od końca. Wtedy wiedzielibyśmy, że te zwierciadło ma magiczne właściwości:
ODBIJAM NIE TWĄ TWARZ ALE TWEGO SERCA PRAGNIENIA

Potter widział tam swoją rodzinę, bo to było jego największym, najbardziej skrywanym pragnieniem. Weasley nie mógł tego zobaczyć, bo z całego serca pragnął czego innego - stać się lepszym od wszystkich swoich braci. Każdy widział w nim to, co chciał w nim zobaczyć...

Zanim Potter odnalazł drogę do miejsca, w którym stało Ain Eigarp, zdąrzyłam spojrzeć w przepastną taflę tego przeklętego lustra. Bowiem mimo całej swojej siły woli, nie mogłam opanować pokusy, rzucenia okiem na wizję, którą mi pokaże.
Zawsze, kiedy Ein Aigarp stawało na mojej drodze, pokazywało mi ten sam obraz - mój rodzinny dom. Nie tu, nie dwór McGonagallów, a prawdziwą moją rodzinną siedzibę, dwór mego ojca w krainie, z której przybyłam. Dom, do którego nie dane mi będzie powrócić, dni których już nie odzyskam. Wszystko było zniszczone, wojna zrujnowała spokój mojego domu, mojej krainy, wiele setek lat temu zmiatając dwór ojca z powierzchni. Lustro zawsze pokazywało mi ten dom właśnie, jego bogato zdobione ściany, osoby bawiące się wesoło na dziedzińcu, moich nie żyjących od dawna przyjaciół i mnie samą - taką jaką byłam kiedyś: nieskażoną żadnym zmartwieniem. O szczęśliwe dni! Gdyby tak można było sprawić, by powrócił do tamtego domu śmiech!
Ale... zagalopowałam się troszkę. Bo miałam pisać o Potterze, a wyszły mi płaczliwe wynurzenia niezrównoważonej psychicznie elfki. A więc czekałam na nich dosyć długo, a kiedy już przyszli miałam śmiechu co nie miara. Z właszcza z Rona, który puszył się dumny niczym paw i wypinał pierś, jakby miał na niej jakąś odznakę, a nie kieszonkę piżamy z napisem "Ronuś".
Kiedy wychodzili, Potter spojrzał tęsknie w stronę zwierciadła i wiedziałam już, że będzie przychodził, póki ono tu zostanie. Pobiegłam co prędzej do Dumbledore'a zapytać o radę.
***
Następnego wieczoru postanowiłam przypilnować Pottera - pofatygowałam się nawet do pokoju wspólnego Gryffindoru. Tam ułożyłam się wygodnie w jednym z foteli w pobliżu kominka i spod półprzymkniętych powiek, obserwowałam wyludniającą się komnatę.
W końcu zostałam sama. Ale trwało to tylko chwilę, bo niedługo po tym, jak ostatni Gryfon odszedł do swego dormitorium, ze schodów, prowadzących do sypialni chłopców pierwszego roku, zszedł na palcach Harry, niosąc w palcach pelerynę-niewidkę. Przed wyjściem z pokoju zarzucił ją na siebie i ruszył do komnaty ze zwierciadłem Ain Eigarp. Nie czkejąc ani chwili dłużej, ukryłam się przed ludzkim wzrokiem i popędziłam w ślad za nim. Aby dotrzeć jako pierwsza biegłam skrótami.
Pięć minut później zjawił się Potter i stanął przed zwierciadłem. Nawet nie zauważył, że w klasie jest ktoś jeszcze - bowiem znów stałam się widzialna dla ludzkich oczu. W końcu zdecydowałam się przmówić.
- Znów przyszedłeś, Harry.
Potter aż podskoczył, odwrócił się i wytrzeszczył na mnie oczy.
- Znam kilka sztuczek, żeby zniknąć sprzed ludzkich oczu. Obserwowałam cię, Harry. Widziałam jak przychodzisz, jak zanurzasz się w świecie Ain Eigarp. Odwróć się do niego. Spójrz na ramę. I odczytaj napis.
- Ain Eigarp Acreso...
- Nie, nie tak - przerwałam mu. - Odczytaj napis od tyłu.
-... ale twego serca pragnienia. Tak działa? Pokazuje nam nasze pragnienia?
- Tak. Ale jak już się zdążyłeś przekonać, jest to dość uzależniające, prawda? Możliwość jaką ci daje to zwierciadło - możliwość oglądania swego najskrytszego pragnienia - nie daje nam nic, żadnej korzyści. Bo patrząc w nie tracisz czas i chęć do życia z dala od niego, od marzenia. Wiem, że to co widzisz, jest wspaniałe i bardzo cię to cieszy. Wiem, że widzisz swoją rodzinę. Rodziców, dziadków, pradziadków. Wszystkich Potterów. I kilkoro Evansów. Wiem też, czym cieszył oczy Ron - widzi siebie jako najlepszego z Weasley'ów...
- Ale jak? Skąd wiesz?
- Znam kilka sztuczek - zachiochotałam.
- A ty Mortycjo, co w nim widzisz?
- Chodź, pokażę ci - wzięłam go za rękę i poprowadziłam w stronę Ain Eigarp. Drugą dłonią dotknęłam tafli zwierciadła i zaraz oczom Pottera ukazał się mój dom.
Lecz po chwili zawołałam:
- DOŚĆ! - i wizja rozpłynęła się. - Widziałeś Harry?
- Co to...
- Nie pytaj. Kiedyś zrozumiesz. A teraz wracaj do dromitorium. Dumbledore kazał przekazać ci, żebyś nie przychodził tu więcej. Zwierciadło zostaje przeniesione,a ty masz go nie szukać.
Potter wyszedł. Stałam tam jeszcze przez chwilę i wpatrywałam się w martwą powierzchnię lustra. Z zadumy wyrwał mnie ciepły głos Cedrika, mówiący, że pora już spać.
Odeszłam i pozostawiłam Ain Eigarp. Już nigdy potem nie dane mi było oglądać tego zwierciadła. Na szczęście.

piątek, 06 marzec 2009, 19:53 Rozdarta cisza
Święta się skończyły, a ja znów musiałam oglądać tego starego charłaka i ślęczeć w jego kancelarii do późnej nocy, żeby przepisywać jakieś durne akta o wyczynach ludzi, którzy już od lat nie żyli, bądź byli zgrzybiałymi starcami. Naprawdę nie bawiło mnie czytanie o tych próbach podpalenia notatek profesora Binnsa, czy o wymazaniu smoczym łajnem jakiejś dziewczyny w odwecie za jakieś głupstwo. Dziecinada i marne wygłupy. Nic znaczącego, nic pomysłowego.
Któregoś dnia wracałam zmęczona (moje biedne palce ledwo wytrzymywały dwie godziny ciągłego pisania) do swojej wieży – Cedric tym razem nocował w swoim dormitorium – rozkoszując się srebrzystymi plamami księżycowego światła na posadzkach i nocną ciszą, gdy wtem usłyszałam krzyk. Krzyk tak przeraźliwie ostry, okrutnie rozdzierający tę ciszę. Nie był to dźwięk, jaki mógłby dobyć się z ludzkiego gardła. To wrzeszczała książka.
Była bowiem w szkolnej bibliotece, w Dziale Ksiąg Zakazanych księga, której historia jest zbyt długa i zawiła, by ją tu teraz przytaczać. Księga ta miała pewną magiczną właściwość – otwierana siłą, wrzeszczała przeraźliwie. Otwarcie jej wymagało pewnej magicznej formuły, którą znali tylko nieliczni. Albowiem był to wolumin zawierający mroczne, tajemne, czarnoksięskie rytuały. Nie była może na tyle groźna, co stojący obok niej łaciński odpis Kitab Al-azif, wolumin oprawiony w ludzką skórę i pisana ludzką krwią, uważany za kamień węgielny czarnej magii, lecz niosła ze sobą wielkie niebezpieczeństwo.
Kto szukał czegoś w Dziale Ksiąg Zakazanych o takiej porze?! Któż byłby na tyle szalony, by otwierać pierwszą lepszą książkę, nie zastanawiając się, jakie to może przynieść konsekwencje??
Potter. Tylko to przyszło mi na myśl. Ten chłopak chciał znaleźć informacje o Flamelu, a nie wiedząc, gdzie zacząć, szukał w Księgach Zakazanych. Ten chłopak za chwilę wpadnie niezłe tarapaty. Musiałam go ratować.
Zboczyłam z obranego kierunku, skrótami pokonałam dzielącą mnie od biblioteki odległość. Dopadłam do drzwi biblioteki zanim księga przestała wrzeszczeć, zatrzaśnięta przez ciekawskiego chłopaka. Wpadłam między półki. Widziałam światło lampy, ale gdzie jest Potter? Moment, moment. Moje czujne elfie oko dostrzegło jakieś dziwne załamania światła lampy. Poruszały się. Ach, Potter miał na sobie pelerynę-niewidkę ojca. Mogłam się domyśleć, że Dumbledore odda ją mu przy najbliższej okazji.
Potter spanikował – potrącił i przewrócił lampę, spłoszony pomknął do drzwi. Nim rozpoczęłam pościg za czarnowłosym sprawcą zamieszania, zgasiłam lampę, naprawiłam ją i odstawiłam na miejsce. W drzwiach minęłam Filcha i ruszyłam na poszukiwania Pottera.
środa, 04 luty 2009, 22:50 Ciiiicha noc, czyli kolędowanie w Hogwarcie.
Nadeszła Wigilia Bożego Narodzenia. W Bawarii, do której miałam wyjechać na święta dzień szczególny. Dzień ważniejszy od samego Bożego Narodzenia. A ja niestety tkwiłam w samym centrum Szkocji (upsss... prawie zdradziłam położenie Hogwartu), pod okiem mojej siostruni i nie miałam chwili spokoju.
Obudzona zostałam wcześnie rano przez maleńką sówkę stukającą w okno mojej sypialni. Obróciłam się do Cedrika i już miała powiedzieć mu, żeby wpuścił tę sowę, kiedy spostrzegłam się, że mojego towarzysza już nie ma. Sama zwlekłam się z łóżka, otworzyłam okno, odczepiłam pergamin i rozwinęłam go.
"Mam nadzieję, że zagrasz nam już dzisiaj przy kolacji. A."
To była oczywiście notka od Dumbledore'a. Trochę mnie to zdenerwowało. Myślałam, że miałam zagrać dopiero w dniu Bożego Narodzenia. Poza tym kolację chciałam zjeść tylko i wyłącznie w towarzystwie Cedrika.
A tak w ogóle to gdzie był mój flet? Gdzie ja go schowałam?
Zaczęłam przeszukiwać pokój w poszukiwaniu mojego instrumentu. Aż w pewnym momencie usłyszałam rozbawiony głos Cedrika pytający:
- Tego szukasz?
Jak się okazało w ręku trzymał futerał na mój flet.
- Gdzie był?
- Leżał na stoliku w saloniku. Zostawiłaś go tam wczoraj wieczorem.
- Czy mógłbyś mi go dać?
We wnętrzu etui, wyściełanym czerwonym materiałem, leżał mój flet. Wyjęłam go delikatnie, by mu się przyjrzeć. Przez mgnienie oka zalśnił w nim odbity promień słońca. Mój flet to było (i jest) istne dzieło sztuki. Wykonany z najczystszego srebra, o ustniku ze wspaniałego dębu. Ręcznie profilowany i zdobiony, uzyskał idealny kształt i brzmienie.
Wyglądał na nieużywany i nowy. Nic bardziej mylnego. Ten flet miał już swoje lata, a idealny połysk zawdzięczał tylko i jedynie trosce, jaką go otaczałam i z jaką czyściłam go po każdym użyciu.
* * *
Kolację skończyłam wcześniej niż inni uczniowie. Wstałam od stołu i zniknęłam na chwilę w komnacie za Wielką Salą. Wróciłam na Salę trzymając w ręku mój wykonany przez elfów flet. Wśród uczniów zaległa cisza. Przytknęłam usta do ustnika i zaczęłam grać. Dźwięki z początku ciche, nabierały z każdy sekundą na sile. Nuty składały się w melodię kolędy "Cicha noc". Dźwięk unosił się to opadał, oczarowując słuchaczy. Jak w transie słuchali krystalicznie czystych taktów. Za sprawa sobie tylko znanej magii sprawiłam, że melodia nadal była słyszalna, mimo, że odjęłam flet od ust. Dźwięk może nie był zbyt donośny, ale każdy słyszał go dokładnie. Aż w końcu byłam gotowa i z cicha zaczęłam śpiewać swym wysokim, dźwięcznym głosem:

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Alles schläft. Eynsam wacht
Nur das traute heilige Paar.
Holder Knab’ im lockigten Haar,
Schlafe in himmlischer Ruh!

Stille Nacht! Heilige Nacht!
Gottes Sohn! O! wie lacht
Lieb’ aus deinem göttlichen Mund,
Da uns schlägt die rettende Stund’.
Jesus! in deiner Geburt!


Melodia płynęła dalej, a ja dalej śpiewałam, lecz już w innym języku. Kolędę tę miałam opanowaną w wielu językach toteż, postanowiłam trochę zaimponować moim słuchaczom. Zaczęłam śpiewać kolędę po polsku:

Cicha noc, święta noc!
Pokój niesie ludziom wszem,
a u żłobka Matka Święta
czuwa sama uśmiechnięta
nad Dzieciątka snem,
nad Dzieciątka snem.


Cicha noc, święta noc!
Pastuszkowie od swych trzód
biegną wielce zadziwieni
za anielskich głosem pieni,
gdzie się spełnił cud,
gdzie się spełnił cud.



Cicha noc, święta noc!
Narodzony Boży Syn,
Pan wielkiego majestatu
niesie dziś całemu światu
odkupienie win,
odkupienie win.


Wiedziałam jednak, że niezbyt rozumieją mój śpiew, toteż zamierzałam zaśpiewać jeszcze po angielsku. Wkrótce zabrzmiały słowa:

Silent night! Holy night!
All is calm, all is bright
round yon Virgin Mother and Child,
Holy infant so tender and mild,
sleep in Heavenly peace!
sleep in Heavenly peace!

Silent night! Holy night!
Shepherds quake at the sight;
glories stream from Heaven afar,
Heavenly hosts sing Alleluia,
Christ, the Saviour, is born!
Christ, the Saviour, is born!

Silent night! Holy night!
Son of God, Love's pure light
radiant, beams from Thy Holy face,
with the dawn of redeeming grace,
Jesus, Lord at Thy birth,
Jesus, Lord at Thy birth.


Głos mój powoli cichł. Cichła również melodia, aż w końcu zaległa cisza. Cisza, którą przerwały oklaski.
Od tego dnia moje występy stały się świąteczną tradycją.
poniedziałek, 26 styczeń 2009, 19:03 Świąteczna niespodzianka
Święta Bożego Narodzenia mieliśmy spędzić z Cedrikiem w Bawarii, "rodzinnych" stronach mojej matki. Ale niestety na dwa dni przed świętami do mojej wieży wpadła Minerva.
- Po co się pakujesz? Gdzieś się wybierasz?
- Tak. Wiesz przecież, że razem z Cedrikiem i rodzicami jedziemy do Bawarii na Święta.
- Nie możesz jechać.
- A to niby czemu?
- Bo oboje macie szlaban. Matka wie, że nie przyjedziecie. Wyjaśniłam jej całą sytuację.
- Wiesz co, Minervo? Ty po prostu mi zazdrościłaś tego wyjazdu. Zazdrościłaś, że ja pojadę, a ty zostaniesz tu w Hogwarcie. Dlatego musiałaś zepsuć mi Boże Narodzenie.
Wyrzuciłam ją z wieży i zdenerwowana usiadłam przed kominkiem. Mia chyba wyczuła, że coś jest nie tak, bo nawet do mnie nie podeszła. Chwilę później do mojej wieży wpadł Cedric. Spojrzał na mnie i uśmiech zniknął mu z twarzy.
- Nie wyglądasz na zadowoloną.
- Zadowoloną?! Z czego mam być zadowolona?!?
- No z naszego wyjazdu. Z tego, że w końcu nie będziesz musiała przez parę dni oglądać tego starego charłaka, swojej siostruni i całego tego bajzlu.
- Nigdzie nie jedziemy - szepnęłam.
- CO?!?
- Nigdzie nie jedziemy - powiedziałam słabym głosem. - Nie pytaj mnie o nic. Spytaj Minervę.
- Chyba już nie muszę pytać. Wiem o co jej chodzi. A myślałam, że sobie już to odpuściła. Porozmawiaj może z Twoją matką.
- I co jej powiem? Nie będę się zniżała do poziomu Minervy i skarżyła, jak małe dziecko. Wyrosłam z tego lata temu.
- Ale wyjazdu szkoda.
Ja jednak już go nie słuchałam. Poszłam do sypialni i zasnęłam.
* * *
Następnego dnia szeregi uczniów Hogwartu przerzedziły się znacznie. W przystrojonym świątecznie zamku zostało może pięćdziesięciu czy osiemdziesięciu uczniów. W tym Potter i Weasley'owie i parę innych osób z Gryffindoru.
Pierwszego ranka po wyjeździe uczniów, przy śniadaniu Potter przysiadł się do mnie i zapytał konfidenckim tonem:
- Wiesz coś o Nicolasie Flamelu?
- Nie - z autentycznym zdziwieniem odparłam bardzo nieszczerze.
- Aha. I dzięki.
Do obiadu myślałam, dlaczego Pottera może interesować Flamel. Żeby rozwikłać tę zagadkę przesiadłam się do stołu Puchonów.
- Dlaczego pierwszoklasistę może interesować Flamel?
- Kogo interesuje?
- Pottera. A jak jego to i pewnie Weasley’a i pannę Granger.
- Nie wiem. Nie myślisz chyba, że dowiedzieli się o...
- Wątpię, żeby wiedzieli o CO chodzi. Ale jeśli wiedzą o Flamelu, to wkrótce dowiedzą się czego pilnuje Puszek.
- Jak połączyli Puszka i Flamela?
Nagle mnie olśniło. Wiedziałam.
- Hagrid - przekazałam w myślach.
- Trzeba poinformować Dumbledore'a.
- Tak. Pójdę do niego dzisiaj.
I tak zrobiłam. Zaraz po obiedzie pobiegłam do gabinetu dyrektora.
- Albusie! - krzyknęłam od progu.
- Coś się stało, Mortycjo?
- Hagrid się chyba wypaplał. Potter wie o Flamelu.
- I myślisz, że...
- Nie myślę. Ja to wiem. Oni są wścibscy. Oni sie domyślą.
- Nie widzę powodu do niepokoju. Tych troje, to rozsądni ludzie.
- Jak uważasz.
Juz miałam odchodzić, kiedy Albus powiedział jeszcze:
- Liczę, że zagrasz nam w święta.
Wiedziałam o co chodzi - o grę na flecie. O kolędy zagrane na flecie. Nie będę skromna - chyba nikt piękniej nie potrafił zagrać kolęd na flecie. A zwłaszcza "Cichej nocy", której gry uczyłam się od Franza Grubera, który napisał do niej muzykę. Jak nikt też potrafiłam czarować melodią - sprawić, że nawet kiedy przestawałam grać, ona nadal płynęła w powietrzu. Mogłam wtedy dołączyć do niej mój krystalicznie czysty głos wyśpiewując kolędę po angielsku lub po niemiecku. Jednak nie spodziewałam się, że Albu zaproponuje mi TO. Mój talent (znów nieskromność moja) jest zbyt wielki jak na tak marną publikę. Bez urazy, moi drodzy czytelnicy, ale większość uczniów Hogwartu nie ma słuchu muzycznego. Nie potrafią odróżnić czystych dźwięków od drobnego fałszu. Nie potrafią wychwycić drżenia i niepewności w głosie, o ile nie jest ono wyraźne.
czwartek, 15 styczeń 2009, 18:19 Ups... Nagroda i kara...
Byliśmy w kiepskiej sytuacji - Snape rozglądał się za sprawcami napadu. Za chwilę mógł spojrzeć i w naszą stronę.
- Chodu! - szepnęłam do Weasley'ów i Lee Jordana. I tak mieli kłopoty z powodu Higgsa, a jeśli doszłoby oskarżenie ich o napaść przez Snape'a, to wielce prawdopodobne byłoby, że bliźniacy zakończyliby edukację w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Dlatego wolałam wziąć winę na siebie. I celując różdżką w Smarkerusa zaczęłam szeptać skomplikowaną formułę wrednego zaklęcia. Zaklęcia przywołującego burzę śnieżną. Po chwili dołączył do mnie Cedric - zapowiadała się całkiem pokaźna zawierucha.
Kiedyś dawno, dawno temu, wywołaliśmy burzę zasięgiem obejmującą całą Anglię i trwającą trzy tygodnie. Ale to dawne czasy były. Teraz wiedzieliśmy, jak dawkować zaklęcie i jak ograniczyć je do jednej osoby.
Na początku był tylko nasz szept. Potem zerwał się wiatr i płaszcz Snape'a zafalował. Nad jego głową zaczęły zbierać się chmury. Ciężkie śniegowe chmury, z których przy ostatnich słowach zaklęciach sypnął gruby śnieg. Wiatr tworzył mały wir, dokładnie dookoła Severusa, który to wir wprawił w ruch płatki śniegu. Po pięciu minutach Snape nie widział już nic. Nic oprócz wirującego śniegu.
- Tak ze dwie godziny będzie się trzymać - stwierdził Cedric. - Wracajmy zanim się zorientuje, czyja to sprawka.
Na drugim piętrze spotkaliśmy Flitwicka.
- No, no, no - powiedział - wzorowa burza śnieżna. Po pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru i dla Hufflepuffu. Mortycjo, to zaklęcie waszego autorstwa, prawda?
- Tak. Wciąż je doskonalimy. Filiusie, tylko proszę nie mów Severusowi, że to nasza sprawka - mrugnęłam porozumiewawczo do opiekuna Rawenclawu.
- Ja i niedyskrecja?!? Mortycjo, nie obrażaj mnie. Ale widzę, że jesteście odrobinę zmarznięci, więc was nie będę przetrzymywał.
Wróciliśmy do mojego pokoju. W kominku wesoło trzaskał ogień, Mia chciała się z nami bawić, ale były ważniejsze sprawy.
- Czemu wplątałeś się w to zaklęcie? Sama też bym je utkała.
- Tak, jakbyś utkała je tak samo jak ostatnio to zamiast godzinnej burzy śnieżnej nad Snapem, mielibyśmy trzy tygodnie śnieżyc nad całą Anglią.
- Przez całą wieczność będziesz mi to wyrzucał? - powiedziałam z pretensją w głosie.
- Tak, bo mogłaś pozabijać setki niczemu nie winnych ludzi.
- Strasznie się zrobiłeś wrażliwy na krzywdę innych. A kiedyś potrafiłeś zabić jak się na ciebie ktoś krzywo spojrzał.
- Tamte czasy minęły. Nie jestem już tak pochopny jak dawniej.
- Jesteś rozsądny. Praktyczny. Nie taki jak kiedyś - porywczy i z temperamentem. Jak kochałeś to na zabój, jak się obrażałeś to na śmierć. Mogłeś zabić bez mrugnięcia powieką. A teraz...
- Dobra, daj sobie już spokój. Może zbytnio wszedłem w rolę, którą mam grać. Grać przez twoje zachcianki.
Na szczęście naszą sprzeczkę przerwał gong wzywający na kolację. Po drodze jeszcze szepnęłam mu:
- Tylko nie miej pretensji, jeśli dostaniesz szlaban.
- Dla ciebie i z tobą wszystko - usłyszałam w odpowiedzi.
W Wielkiej Sali wrzało. A przyczyna tego zamieszania siedziała przy nauczycielskim stole. Snape był nadal pod działaniem mojego zaklęcia, ale próbował udawać, że wszystko jest w porządku. Ale nie było. Całą jego twarz pokrywał szron, we włosach i brwiach osiadł mu śnieg, a szata była całkiem przemoczona.
Nikomu nie śpieszyło się tego wieczoru z powrotem do pokoju wspólnego. Każdy chciał popatrzeć na Snape'a. Ślizgoni byli przerażeni, reszta uczniów uśmiechała się pod nosem.
Snape poprosił Flitwicka o pomoc, lecz ten nie dał sobie rady - nie wymyśliłam jeszcze przeciwzaklęcia, a Flitwick nie mógł tego zrobić - do tego potrzebna jest znajomość poszczególnych warstw zaklęcia. Ale zawierucha wokół opiekuna Slytherinu zaczęła cichnąć. Aż w końcu ucichła na dobre, chmury zniknęły, a Smark był wolny. Wyglądał żałośnie.
- Ale przynajmniej ktoś zapewnił mu mycie włosów - zauważyła nie bez racji jakaś Krukonka.
- Chyba mu się to niezbyt podobało - dodała jej sąsiadka. I obie zachichotały. Przedstawienie było skończone i wszyscy zaczęli się rozchodzić do swoich pokojów wspólnych. Ja jak zwykle szłam na końcu - po co przepychać się przez tłum uczniów, skoro można zaczekać.
-Mortycjo! Cedriku! - zawołał głos mojej siostrzyczki.
Jak na komendę odwróciliśmy się w jej stronę.
- Do mojego gabinetu!
Miałam nadzieję, że moja siostrzyczka nie domyśli się kto to zrobił, ale cóż, wiadome jej było, że tego zaklęcia nie rzucał nikt poza nami.
- Jak mogliście. Profesor Snape mógł zamarznąć. Ale wy o tym nie myśleliście. Mortycjo, po tobie spodziewałam się czegoś takiego, ale ty Cedriku? Wydawałeś się taki rozsądny...
- Marudzisz siostrzyczko. Co złego w odrobinie zabawy? I szczypcie kpiny z nauczycieli?
- Wszystko. To, że łamiecie tuzin szkolnych przepisów. Oboje macie szlaban. Do końca semestru. Powiedzmy - soboty spędzacie na przepisywaniu akt w gabinecie Filcha.
Tu nas zastrzeliła. Spodziewałam się szlabanu, ale rozsądnego szlabanu, a nie szlabanu pod okiem Filcha. To obrzydliwe, ze moja siostra jest tak okrutna...
piątek, 09 styczeń 2009, 17:04 Śnieżne zabawy
Zima zagościła na dobre. Błonia przykryte białym puchem, kusiły. Śnieg sam cisnął się do rąk i ugniatał w śnieżki. Coroczna Wielka Śniegowa Bitwa z Wealey’ami była tylko kwestią czasu.
W niedzielę, po wizycie w Londynie, na śniadaniu wypadło mi miejsce obok George’a lub Freda (nie pamiętam, który to był) i Lee Jordana. Rozmawiali właśnie o bitwie na śnieżki i zastanawiali się, kogo by tu jeszcze zaprosić. Nagle któryś zauważył mnie.
- Mortycja – powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy. – A ty nie miałabyś ochoty na dołączenie do naszej zabawy?
- Z chęcią, ale pod jednym warunkiem – powiedziałam. – Oprócz mnie przyjdą jeszcze dwie osoby: Cedric Diggory i moja najlepsza przyjaciółka. A Ronuś będzie?
- I Potter też. Ta sztywniaczka Granger zapewne przylezie z nimi. I będzie punkt po punkcie recytowała wszystkie przepisy, które złamiemy.
- A mamy zamiar jakieś złamać? – puściłam oczko do chłopaków.
- Trzeba pobić rekord i złamać o dwa więcej niż w zeszłym roku.
- To może do listy panny Granger dodamy napaść na nauczyciela – może być Quirell? I napaść na prefekta –najlepiej, jakby ten, no jak mu tam, prefekt Ślizgonów.
- Higgs.
- Tak, on by się nadawał. Jest taki brzydki, że nietrudno będzie o pomyłkę z trollem śnieżnym – zaczekałam aż śmiech minie i spytałam: - Kiedy?
- Dzisiaj po obiedzie. Pasuje?
- Jasne. Ale bitwa bez jednego zaklęcia. Bo jest więcej zabawy.
Trochę marudzili, ale w końcu udało mi się ich przekonać.

***

Po obiedzie pod pretekstem przechadzki zaciągnęłam Cedrika na błonie. I tam dopiero wyjaśniłam mu prawdziwy cel naszej wyprawy – bitwa na śnieżki. Upierał się, ale jakoś udało mi się go nakłonić do udziału. W chwilę potem dołączyła do nas Agdam – mój zespół był w komplecie. Lee i bliźniacy zjawili się w kilka minut później, ale nadal byli trochę naburmuszeni. Ostatni przyszli Potter, Ron i panna Granger, jak zwykle lamentująca, że łamiemy regulamin. Ale zaraz o tym zapomniała – musiała przecież skupić się na śmigających w te i we w te śnieżnych kulkach. Bitwa trwała ponad godzinę, bo potem zaczęły się narzekania na mokre szaty. Na placu boju zostałam tylko ja, bliźniacy (Lee gdzieś zniknął), Cedric i Agdam. Potter, Ron i Hermina stali w oknie wieży Gryffindoru i obserwowali nas.
- Na co czekamy? – padło pytanie.
- Na TO – George wskazał ręką na jakiegoś chłopaka ciągnącego za sobą coś, co wyglądało jak wór. Okazało się, że to był Lee Jordan. I ciągnął Higgsa – tego Ślizgona, o którym powiedziałam rano, że wygląda jak troll śnieżny.
- No to co? Konkurs rzucania do celu? Pięćdziesiąt punktów za trafienie go w łeb, trzydzieści za górną połowę tułowia, piętnaście za dolną. A i premia - stówa za trafienie w jaja. Rzucamy stamtąd – Agdam wskazała jakieś miejsce dziesięć metrów dalej. – Po pięć rzutów.
Ustawiliśmy odrętwionego Higgsa w pozycji pionowej i odeszliśmy we wskazane miejsce.
Cedric zdążył mi szepnąć do ucha:
- Daj im fory.
Bowiem w moim rodzinnym wymiarze, nawet wśród elfów szczyciłam się mistrzostwem w łucznictwie. Powiadali, że trafiłabym muchę w locie z odległości długości strzału. I nie mijałoby się to z prawdą. Wzrok miałam doskonały.
Dałam im fory. Wygrała Agdam przede mną i Lee Jordanem. Później był Fred, Cedric, a na samym końcu George.
Jednym machnięciem zwolniłam zaklęcie ze Ślizgona. Nadszedł ostatni punkt programu. Dręczenie nauczyciela. Quirell akurat nadszedł od bramy. Niestety nie był sam. Szedł z nim Snape.
- Kto rzuca?
- Ten kto przegrał. Tylko błagam George traf w Quirella.
Bliźniak uśmiechnął się, ulepił śnieżkę, rzucił i… trafił prosto w Snape’a.
- Ups…
piątek, 02 styczeń 2009, 19:43 Ślady na śniegu
Gdy tylko skończył się listopad sypnęło śniegiem. Coraz szybciej robiło się ciemno, a ja miałam coraz więcej nauki. I coraz mniej czasu dla Cedrika. Nie wspominając już o sprawie Quirella. Zupełnie ją porzuciłam - przecież musiałam mieć czas na samorealizację. A nie spędzać 99 % wolnego czasu rozwiązując jakąś chorą zagadkę. A właściwie zagadkę chorego człowieka. Bo takim musiał być Quirell. "Bracia" też na nie wiele się zdali - obiecali, że przyjrzą się sprawie, ale mają również obowiązki poza Zakonem. Całkowicie ich rozumiałam, ale miałam cichą nadzieję, że uda im się szybko coś znaleźć.
Dlatego pilnie go obserwowałam w czasie lekcji. Miałam na niego oko, jak to mawiają w tanich mugolskich filmach. Zwłaszcza, kiedy miał kontakt z Potterem. Wtedy każdy mój zmysł skupiał się na nim, na tym co mówi i co robi. I odkryłam niepokojącą rzecz. W sumie może było to tylko zwykłe dziwactwo, nie warte szczególnej uwagi z mojej strony, ale mnie niepokoiło. Byłam na takie zachowania szczególnie wyczulona. Otóż Quirell miał w zwyczaju osobiście gratulować uczniom, którzy w czasie testu uzyskali jak największą ilość punktów. Zazwyczaj był to uścisk dłoni, albo klepnięcie po plecach. Ale kiedy to Potter wykazał się sporą wiedzą, profesor albo stwierdzał, że chyba złapał jakieś paskudztwo i "absolutnie nie chcę zarazić pana panie Pot-t-ter", albo niby przypadkowo pomijał Harry'ego. Zupełnie tak, jakby nie chciał mieć z nim kontaktu fizycznego.
Było to dla mnie jak fragment układanki. Ale układanki, w której na razie kluczowe elementy nie pokazują jeszcze nic konkretnego. Albo jak ślady zwierzyny na śniegu w czasie polowania - jeśli za nimi pójdziesz, możesz ją dopaść (tajemnicę się znaczy) albo całkowicie zgubić się w lesie (domysłów). Dlatego postanowiłam, że kiedy tylko czas pozwoli wraz z Cedrikiem spotkamy się z kimś z Zakonu.
I w dwa dni, po tym, jak powzięłam owe postanowienie trafiła się okazja - oboje tego dnia nie mieliśmy żadnych zajęć. Była to sobota, dlatego moglibyśmy umówić się z "braćmi" w Hogsmead, ale Minerva nie wiedzieć czemu nie chciała mi wystawić przepustki (przecież przez cały ten czas wcale nie dręczyłam Filcha, ani nawet żadnego Ślizgona). Czekał nas wyjazd do Londynu.
Już byliśmy gotowi do wyjścia, gdy niespodziewanie do mojej wieży wtargnęła Minerva.
- A co wy kombinujecie?
- Dlaczego zawsze musimy coś kombinować? - tym razem to Cedric zapytał.
- No nie było was na śniadaniu, nikt nie widział was od wczoraj, a na dodatek wygląda jakbyście się dokądś wybierali.
- Bo tak jest. Do widzenia siostrzyczko - powiedziałam prawie uprzejmym tonem.
- Nigdzie nie idziesz. Mortycjo nie waż się! - Ale ja nie zważałam na jej słowa. Założyłam płaszczyk, wzięłam w rękę garść proszku Fiuuu. - Cedriku powiedz jej coś.
- Kiedy ona ma własny rozum. Zresztą jest od ciebie starsza Minervo. Nie możesz nią rządzić. Nie w tym pokoju. W reszcie Hogwartu tak, ale tylko do naszego ujawnienia się. Ten pokój jednak ma swoje zasady.
- Które respektować musisz - dodałam. Wrzuciłam proszek Fiuu w trzaskający ogień kominka, machnęłam ręką do Minervy na pożegnanie, szepnęłam - Ministerstwo Magii poziom pierwszy - i zniknęłam.
Znaczy pojawiłam się w kominku w hallu Ministerstwa Magii. Na środku stała Fontanna Magicznego Braterstwa - zupełne przekłamanie panujących w świecie magii stosunków. Zaraz za mną zmaterializował się Cedric, który otrzepawszy z popiołu swój strój ruszył przez hall. Ja również poszłam za nim. Zastanawiacie się pewnie, czy ludzie nie zwracali na mnie uwagę. Owszem, tyle że teraz nie robiło mi to żadnej różnicy. I nie miałam nic przeciwko. I tak nie wiedziano, kim jestem.
Pierwszym miejscem miała, gdzie złożymy wizytę miała być Kwatera Główna Aurorów. I boks Kingsley’a Shacklebolta.
Nie chcieli nas wpuścić. Dopiero kiedy jeden z naszych „braci” stwierdził, że współpracujemy z niewymownymi i Departamentem Tajemnic, a z aurorami musimy się spotkać, bo tego wymaga nasze zadanie („Sam Knot dał im prawo do dostępu do wszystkiego, czego sobie zażyczą”), zostaliśmy puszczeni wolno. Ja zagadałam Shacklebolta, Cedric zaś niby przypadkiem zaczepił Landrę Navarro, starą znajomą Dumbledore'a i Minervy, którą za niedługo miała zastąpić w obowiązkach aurorskich Nimfadora Tonks; pytając o jakieś zupełnie nieistotne akta. Navarro też była jedną z członków Zakonu, a na dodatek w lot chwytała wszystkie nasze aluzje, tak więc szybko i sprawnie przekazaliśmy im to co było do przekazania. Uzyskaliśmy też nieco odpowiedzi.
- Słuchaj – powiedział Kingsley – Quirell jest podejrzany o działanie pod wpływem czarnej magii, więc uważaj. Nie na siebie, ale właśnie na Pottera. Nie spuszczaj go z oczu. Choć pilnowałbym też Snape’a, bo nie wiadomo, czy to nie jego sprawka.
- A czy nie ma żadnych akt o Quirellu? Co nam o nim wiadomo?
- To młody chłopak. Zaledwie przed pięcioma laty skończył Hogwart. Później długi, długi czas podróżował. A potem zniknął. W Albanii.
- To może być ślad. Jeszcze pozostaje jedna kwestia, ale na ją dopiero rozwiąże Departament Tajemnic. A propos mamy tam kogoś?
- Chyba nie. Ale spytaj się Landry, ona ma świetną pamięć do nazwisk, w ogóle, do osób. I posiada pewną zaletę - nawet gdyby nie udało jej się nazwiska przypomnieć, to bardzo szybko naszkicuje ci osobę tak, jakbyś jej zdjęcie zrobiła.
- Dzięki – i podnosząc głos oraz używając oficjalnego tonu: - Dziękuję panie Shacklebolt. Pani Navarro, mogę panią prosić ze mną?
Wyszła z nami i towarzyszyła nam aż do samego Departamentu Tajemnic. Niewiele jednak nam pomogła – nikt z Zakonu nie pracowała w jako niewymowny. Czyli musiałam użyć swojego daru przekonywania i wydobywania informacji.
Departament Tajemnic – dziwne miejsce i dziwni ludzie tam pracują. Ale jakoś udało się nam ich przekonać, że to Knot przysyła nas w nie cierpiącej zwłoki sprawie.
Czas na małe przedstawienie, pomyślałam i ruszyłam w stronę gabinetu szefa departamentu. Ostrożnie zapukałam i po chwili zostałam zaproszona do środka.
- Przepraszam, że przeszkadzam – powiedziałam trzepocząc rzęsami – ale przysłał mnie Knot z zapytaniem. A właściwie poleceniem.
- Słucham uważnie.
- Pytanie może zabrzmieć nieco absurdalnie. Dlaczego ktoś nie mógłby podać ręki Chłopcu, Który Przeżył?
- Czy to ma jakiś związek z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?
- Nie wiadomo, czy jest w to zamieszany Voldemort.
- Proszę… proszę szanownej pani, niech szanowna pani, nie używa tego miana przy mnie. Strasznie mnie ono peszy.
- Ale czy jeśli Lord Vol… Sam-Wiesz-Kto byłby w to zamieszany to czy to by coś zmieniało? – pytanie padło z ust Cedrika.
- Sądzę, że najprawdopodobniej miałoby to znaczenie. Moim zdaniem to samo co stworzyło wokół Pottera tamtego dnia tarczę, w obecnej chwili nie pozwalałoby dotknąć go Sami-Wiecie-Komu.
- No cóż. To było pytanie, podyktowane przez moją ciekawość, a teraz polecenie służbowe od ministra Knota – sporządzi pan szczegółowy raport z badań nad materią z pokoju 37.
- Oczywiście. Jest coś jeszcze co mógłbym dla państwa zrobić?
Usłyszał odpowiedź w swojej głowie: - Zapomnieć o tym, co zostało tu powiedziane.
Nagle spojrzał na nas zdumionym wzrokiem i zapytał:
- A co państwo tu robią?
- Przyniosłam polecenia od Knota. Leżą na biurku, a ja już znikam.
***
Ślady stóp zaczynały prowadzić w konkretnym kierunku. Teraz pozostało znaleźć odpowiedzi na inne pytania.
piątek, 19 grudzień 2008, 21:50 Listopadowo i quidditchowo cz.2/2
No i Potter posłuchał rady Hermiony. I poszedł do Snape'a i... i znów wpadł w kłopoty. Bo taki jego pech, że musiał odnaleźć Snape'a, gdy ten pokazywał swoje "wojenne" rany Filchowi. Jakby nie miał już komu się poskarżyć. Biedny Puszek, dobrze, że się nie zatruł tym paskudztwem - a wiadomo czy Snape w ogóle się kąpie?
Wracając jednak do sprawy - Potter wpadł do Snape'a, akurat gdy ten pokazywał zakrwawioną nogę woźnemu. (Za cholerę nie mogę rozgryźć dlaczego akurat Argusowi Filchowi.)
Nawet nie zdążył nic powiedzieć - Snape wyrzucił go z gabinetu... A książki oczywiście nie oddał.
***
Dzień meczu nadszedł. Cały Gryffindor był przejęty - ja podeszłam do sprawy nieco chłodniej. Oczywiście pomogłam dzieciakom z przygotowaniem transparentu POTTER KRÓLEM QUIDDITCHA (nie wiem skąd ta Rowling wytrzasnęła hasło Potter na prezydenta, ale nie moja sprawa, co tej babie siedzi w głowie), ale na tym moje przygotowania do tego szczególnego dnia się skończyły. Na mecz wybraliśmy się we trójkę - ja, Cedric no i Agdam, która była coraz częstszym naszym gościem.
Atmosfera na trybunach była napięta - w końcu spotkały się ze sobą dwa wrogie obozy.
Muszę przyznać, że nie oglądałam zbyt dokładnie meczu - wystarczyły mi komentarze Lee Jordana i relacje Cedrika. Rozglądałam się po trybunach. Dostrzegłam większą część grona nauczycielskiego – niektórzy z nich siedzieli w specjalnej nauczycielskiej loży, ale kilku zajęło miejsca między uczniami. Był też Hagrid, którego nie sposób było nie zauważyć.
Nagle, tuż po tym jak pani Hooch podyktowała rzut wolny dla Gryffindoru - zaobserwowałam, ze jakaś mała figurka, cisnąca się gdzieś w kątku, zaczyna celować różdżką w niebo. Spojrzałam, gdzie celował i aż mnie zatkało - ten ktoś majstrował przy miotle Pottera.
Zaczęłam się przepychać w jego kierunku. Nie zauważył mnie, ale ja już widziałam kto to - to był Quirell. W przeciwnym sektorze również ktoś stał i otwarcie celował w Pottera. Jak sie okazało to był Snape. Nie mogłam się rozerwać. Wybrałam Quirella, co okazało się słuszne, bo zaraz w stronę Snape'a zaczęła się już przepychać panna Granger. Zaatakowałyśmy niemal równocześnie - ja nieco wcześniej, ona odrobinę później.
Podeszłam po prostu do Quirella i spytałam:
- Panie profesorze, co pan robi?
-J-j-j-ja? Ni-i-i-ic - i schował różdżkę za pazuchę. W tym momencie Hermiona podpaliła szatę na okaleczonej nodze Snape'a.
***
Potterowi się nic nie stało, a na dodatek złapał znicz. Czyli mimo kłopotów Gryfoni wyszli ze starcia zwycięsko.
***
Kiedy już wróciliśmy do mojej wieży, wyciągnęłam skrawek pergaminu i nakreśliłam na nim krótką notatkę do "braci". Oczywiście po przedyskutowaniu problemu z Cedrikiem. Garść proszku Fiuuu i wiadomość poleciała. Do Kingsleya Shacklebolta, do jego tajnego gabinetu, w którym, jak miałam nadzieję, w tamtej chwili przebywał.
poniedziałek, 08 grudzień 2008, 18:43 Listopadowo i quidditchowo cz. 1/2
Listopad upłynął pod znakiem quidditcha. Sezon szkolnych rozgrywek rozpoczęły drużyny Puchonów i Krukonów, a ja choć nie należałam do żadnego z domów, poszłam na mecz. Poszłam, bo wiem, że Cedric lubi wiedzieć, że jestem na trybunach.
Szczerze mówiąc nie podzielałam jego fascynacji tym sportem... Na mecze chodziłam, bo wypadało. Zazwyczaj szła ze mną Agdam, żebym miała z kim porozmawiać. Tylko co jakiś czas zerkałam na wynik, żeby nie być zaskoczona...
Drugi mecz wywołał wśród moich kolegów z Gryffindoru niemałe podniecenie - miał być to pierwszy mecz z Potterem w składzie. Och, co to się działo, co się działo.
Ale pozwólcie, że opowiem wam tę historię od początku.
***
Potter jak pamiętacie po incydencie z przypominajką Neville'a trafił jako najmłodszy zawodnik w tym i w przeszłych stuleciach do drużyny quidditcha. Dostał też od Minervy Nimbusa2000.
Kiedy już zaczął treningi okazało się, że jest idealną osobą na pozycję szukającego.
Ależ on się stresował...
Na tydzień przed swoi meczem pożyczył od Hermiony książkę Quidditch przez wieki. I pewnego dnia...
***
...pewnego dnia wpakował się przez nią w kłopoty. Otóż razem z Hermioną i Weasley’em ogrzewali się przy płomyczku uwięzionym w słoiczku. Potter miał ze sobą Quidditch przez wieki. No i musiał się napatoczyć Snape. Jak zwykle zresztą pojawił się w najmniej odpowiednim momencie.
- Co tam masz Potter? - powiedział.
Harry nie widział sensu ukrywania książki.
- Książek z biblioteki nie wolno wynosić poza obręb szkoły - powiedział zimnym głosem, po czym zabrał książkę i kuśtykając odszedł.
- Przed chwilą stworzył ten przepis! - Potter kipiał gniewem.
- Nie, Snape nie stworzył tego przepisu - akurat przechodziłam obok. - Ale go nagiął. Jako obręb szkoły traktuje się cały teren zamku, wraz z błoniami i małym skrawkiem Zakazanego Lasu. A my jesteśmy w szkole. Jak chcesz to mogę z nim porozmawiać - oczy musiały mi zabłyszczeć, bo Hermiona się zmieszała i powiedziała:
- Nie, Harry przeprosi Snape'a, a ten odda mu książkę...
Skoro tak twierdziła. Ja jednak znałam go dłużej i wiedziałam, że nie należy on do najsympatyczniejszych i najbardziej wyrozumiałych osób na tej ziemi... Już chciałam coś powiedzieć, ale Cedric pociągnął mnie w przeciwną stronę korytarza.

cdn.


wtorek, 07 październik 2008, 21:56 Dziewczęce łzy. Schadzka.
Dzień zaczął się źle - najpierw zaspałam, później w pośpiechu nadepnęłam Mii na ogon - obraziła się na mnie - i przez kilka dni nie chciała na mnie spojrzeć (uparte z niej kociątko, ale miała to po właścicielce).
Przy śniadaniu też pech - jedyne wolne miejsce znajdowało się obok... tej nudziary Hermiony Granger. Straszne, ale jakoś musiałam przeżyć. Szybko przegryzłam kilka grzanek, napiłam się soku i uciekłam. Ale zanim tak się stało, musiałam posłuchać jej rozważań nad pracą domową z historii magii. O wojnach czarodziejów z XII wieku. Binns tak nudził przy tym temacie. Ach, gdyby tylko mi się chciało ujawniać, to opowiedziałabym im jak to naprawdę było - byłam tam. W "Historii Hogwartu" opisane jest, jak Wielka Rada Czarodziejów Anglii (wtedy nikt jeszcze nie mówił na to Ministerstwo Magii") przybyła do Hogwartu i zabrała ze sobą kilkanaścioro najzdolniejszych uczniów, z których nie wrócił ni jeden. Byłam wśród nich, przeżyłam (mi śmierć już nie groźna - jeśli dwukrotnie wdawało się z nią w romans), ale zatęskniłam za ojczyzną - i do Hogwartu, by go ukończyć nie wróciłam.
Za oknem siąpił deszcz, a ja siedząc na Zaklęciach marzyłam tylko o cieple płynącym z rozpalonego kominka, o Cedriku u boku. Z Wingardium leviosa mi nie szło, bo myśli błąkały się swymi ścieżkami. Najgorzej jednak miał Weasley. Ćwiczył w parze z Hermioną Granger. Jak zwykle wszystko jej wychodziło, jak zwykle zebrała pochwały. Ron nie mogąc wytrzymać szepnął po lekcji, nie zważając na bliską obecność panny Ja-Wiem-Wszystko do Harry'ego:
- Nic dziwnego, że nikt jej nie lubi...
Musiała to usłyszeć - popędziła z płaczem w stronę łazienki. I tak polały się dziewczęce łzy. Podejrzewam, ze Hermiona była nieśmiała i tę wadę maskowała czasem poświęconym nauce. Ale kto by się tam nią wtedy przejmował - zaraz miało zacząć sie coś ważniejszego - zabawa z okazji Dnia Duchów.
Jakoś tak na samym początku, około 8 lub 9, na salę wpadł zdyszany Quirell:
- Troll! Troll w lochach!
Panika. To co potem się wydarzyło było czystą paniką. Wszyscy biegali w różne strony - tylko nauczyciele zachowali zimną krew.
Uczniowie potulnie odpłynęli ku swoim dormitoriom. Tylko Potter i Weasley gdzieś sie wymknęli. I nagle mnie oświeciło - chcieli biedną, zapłakaną Hermionę uratować przed trollem.... Poszliśmy w ślad za nimi...
***
I znów wydarzenia są opisane wiernie przez panią J. K. Rowling. Po co będę je powtarzać?
***
Było to godzinę po wszczęciu alarmu przeciwtrollowego. Ubrana w białą zwiewną suknię, o szerokich rękawach, ze złotym paskiem akcentującym talię , schodziłam do Wielkiej Sali. U drzwi czekał na mnie Cedric - ubrany na elfią modłę. Wyglądaliśmy jak ze snu. Wielka Sala była cicha, pusta, wprost idealna do takiej schadzki. Tylko te dekoracje psuły romantyczny nastrój. Ale jedno machnięcie różdżką i ściany pokryły się zielenią bluszczu, gdzieniegdzie pojawiły się złote i srebrne kwiaty. Kolejne dwa machnięcia rozsunęły stoły i przygasiły świece. Gdzieś z rogów sali napłynęła muzyka...
Tańczyliśmy tak do północy... A później... Później byliśmy zmęczeni....


środa, 27 sierpień 2008, 20:48 Rzecz o randce i o innych sprawach niecierpiących zwłoki.
Sobota przywitała nas deszczem i zimnym wiatrem, zwiastującym rychłe nadejście zimy. Nie była to wymarzona pogoda na randkę, ba, ta jesienna plucha zniechęcała do wyściubienia choćby milimetra nosa na dwór. W taką pogodę najchętniej siedzi się w wygodnym fotelu przed kominkiem z kotem na kolanach, wspominając piękne dni minionego lata lub czytając ciekawą książkę.
Ja jednak miałam pilne sprawy do załatwienia poza Hogwartem, więc musiałam zmierzyć się z tą jakże nieprzyjazną, a jakże typową angielską pogodą.
***
Zbudziłam się wcześnie, bo koło szóstej rano. Nie wiem, czemu tak wcześnie, przecież śniadanie było wpół do dziewiątej, a do Hogsmead wcześniej niż koło dziewiątej nie wypuszczą nikogo, choćby był siostrą samego dyrektora.
Cedric spał jeszcze. Mi pozostał wybór - albo wrócić do niego, albo zarzucić na siebie jakąś kieckę i czekać aż łaskawie raczy się obudzić. Wybrałam to drugie i pomaszerowałam do łazienki.
***
Już sucha i ubrana wróciłam do pokoju. Przed zwierciadłem zatrzymałam się na chwilę - by rozczesać swoje długie, czarne włosy. No dobrze, przyznam się szczerze - lubiłam patrzeć w lustro. Zwłaszcza, jeśli odbijało się w nim moje prawdziwe "ja". W tamtych czasach miałam taką małą obsesję - w lustro starałam się patrzeć tylko i jedynie wtedy, kiedy odbijała się w nim dorosła elfka, natomiast unikałam zwierciadeł, jak ognia, gdy mogłam zobaczyć w nich tę, jakże piękną, ale dziecięcą twarz Mortycji McGonagall, lat jedenaście.
Usiadłam na skraju łóżka i zaczęłam obserwować mężczyznę, który spał w moim łóżku, mojego mężczyznę. Zawsze lubiłam patrzeć, jak Cedric śpi. Miał wtedy taki błogi wyraz twarzy, znikały z niej wszystkie niepokoje.
Kosmyk ciemnych włosów osunął mu się na twarz. Bezwiednie sięgnęłam, żeby go poprawić. Nim dotknęłam jego twarzy, otworzył oczy.
- Dawno nie śpisz?
- Mniej więcej od wtedy kiedy i ty nie śpisz.
- I nic nie powiedziałeś?
- A po co? Myślałem, że będziesz chciała jeszcze pospać. Zresztą i ja miałem zamiar zasnąć jeszcze.
- Śpioch jesteś i tyle.
Przekomarzaliśmy się tak chwilę. Później do sypialni weszła Mia i głośnym miauknięciem przerwała nasze radosne zabawy.
***
Zebrałam do torby wszystkie potrzebne mi do wyjścia rzeczy, wszystko trzy razy sprawdziłam, wyjęłam z szuflady przepustkę wypisaną szmaragdowym atramentem i wsunęłam ją do zewnętrznej kieszeni torby.
Przyszedł czas na rzucenie zaklęć iluzji - pierwszy uczynił to Cedric i już po chwili, w miejscu, gdzie stał dorosły, jakże przystojny elf, pojawił się czternastoletni chłopiec. Chłopak zupełnie o wyglądzie zupełnie różnym od mojego towarzysza. Ale to był jednak on. Ja też rzuciłam na siebie zaklęcie.
Zanim jeszcze zeszliśmy do torby włożyłam sztylet.
***
Filch oglądał moją przepustkę pod różnymi kątami, jakby próbując odgadnąć, czy nie jest podrobiona. Trwało to dziesięć minut i zaczynało mnie lekko irytować. Nigdy może nie grzeszyłam cierpliwością, skłonna byłam do wybuchów i szybkiej utraty opanowania, ale to co wyczyniał woźny, to była już przesada.
Zostałam przepuszczona dzięki interwencji Flitwicka, który w pewnym momencie znalazł się tuż obok.
- Jasne, że nie jest podrobiona. Quirell, pozwól na chwilę - skinął na towarzyszącego mu młodzieńca. - Spójrz na tę przepustkę. - podsunął mu pod nos kawałek pergaminu. - I powiedz mi mój drogi, czy jest podrobiona?
- P-p-p-podob-b-b-iona? N-n-n-n-n-n-ie. Chyb-b-b-b-ba nie.
- Widzisz Filch, nawet Quirell widzi, że nie jest podrobiona.
***
Z "braćmi" byliśmy umówieni dopiero na dwunastą w barze "Pod świńskim łbem", więc mieliśmy jeszcze sporo czasu dla siebie.
- Chodźmy gdzieś - zaproponowałam.
- Gdzie?
- Nie wiem. Gdzieś, gdzie nie będzie nikogo, albo gdzieś gdzie będzie masa ludzi. Chcę pozbyć się tej cholernej iluzji.
- Może pod "Trzy miotły"?
- Zbyt oklepane. Zresztą tam zawsze jest dużo dzieciaków ze szkoły. Jeszcze by poznali moją torbę.
- Kawiarenka pani Poodifoot?
- Źle się czujesz? Ja miałabym pojawić się w takim pozbawionym gustu miejscu, jak ta kawiarenka?!?
- To może od razu idźmy "Pod świński łeb"?
- Za grosz romantyzmu.
- Romantyzm możemy zafundować sobie w zamku, ale nie w takiej ulewie. Zaraz oboje będziemy kompletnie przemoczeni. Chodźmy do tego baru.
I tak romantyczną randkę diabli wzięli. Wchodząc do "Świńskiego łba" oboje zrzuciliśmy iluzje. Tu kręciło się mnóstwo różnych typów i chyba wszystkie rasy zamieszkujące Anglię. No oprócz olbrzymów i centaurów, bo pierwsi, by się nie zmieścili, a drugich nie wpuszcza się ze względu na końską część ciała. Komu by się chciało zaczepiać parę przemokniętych do suchej nitki elfów?
***
A jednak komuś się zachciało. Jakiś człeczyna, zakichany czarnoksiężnik wypatrzył mnie i od razu zatoczył się pod nasz stolik.
- Te piękna, zostaw tego mięczaka - wskazał na Cedrika - i chodź ze mną. Nie pożałujesz. - zbliżył swoją paskudną twarz do mnie i moje nozdrza owionął okropny fetor.
- Spadaj - syknęłam odpychając go, jak najdalej od siebie.
- Mi odmawiasz? No to masz za swoje - wyciągnął zza pazuchy sfatygowaną różdżkę i... i zanim zdążył wycelować, już go nie było. To Cedric trzasnął w niego jakimś zaklęciem.
Nikt na szczęście zajścia nie zauważył.
***
Koło dwunastej zjawili się "bracia" - Sturgis Podmore, Kingsley Shacklebolt i jeszcze jeden, którego nazwiska nie pamiętam. Dosiedli się do naszego stolika.
- No, więc pogrzebaliśmy trochę i dowiedzieliśmy się co nieco na temat Quirella. Najdziwniejszy jest fakt, że jakieś półtora roku temu zniknął na dłużej. Był wtedy normalnym zdrowym facetem. Wrócił cały odmieniony. Jąkał się, zbladł i nie rozstawał się z tym swoim turbanem. Coś dziwnego musiało się stać.
- O to mi, mniej więcej, chodziło. Żadnych innych informacji na jego temat? Gdzie był w tamtym czasie?
- Nic.
- I tak mi pomogliście bardzo. To może wypijmy chociaż piwo?
- Nie, Kingsley jest na służbie, a my wracamy na swoje posterunki. Do zobaczenia. Oby nie w sprawach zawodowych. - Sturgis mrugnął do nas i wszyscy trzej, tak jak stali zniknęli.
My też już opuściliśmy lokal.
czwartek, 21 sierpień 2008, 11:45 Monotonnia dnia codziennego
Idąc na śniadanie, niby przypadkiem, nadkładając sporo drogi, przeszliśmy obok gabinetu mojej kochanej siostrzyczki. Jak dało się przewidzieć, Filch już tam był i żalił się na Irytka. Jak zwykle skomlał, żeby w końcu zrobić coś z tym poltegreistem, bo jak tak dalej pójdzie to on, Argus Filch, odejdzie ze stanowiska woźnego w Hogwarcie, żeby poszukać sobie spokojniejszego zajęcia. I skończyło się na tym, co zwykle - na obietnicach, że oczywiście zobaczy, co się da zrobić, ale to nie ona tu rządzi, tylko Dumbledore. A Filch, jeśli chce uspokoić Irytka, niech idzie poskarżyć się Krwawemu Baronowi. Zły jak osa, woźny wypadł z gabinetu, nie zwracając większej uwagi na dwójkę uczniów chichoczących złośliwie tuż przy drzwiach. Zwróciła za to uwagę Minerva.
- Czegoś chcieliście?
- E, no wiesz siostrzyczko, ten, no - udawałam speszoną - no wiesz chciałabym prosić o zezwolenie na wyjście do Hogsmead.
- W pierwszej klasie?! Mortycjo, to jest już przesada. KPINA! Czysta kpina.
Zamknęłam drzwi do gabinetu.
- Czym dasz się przekupić? Może wiadomość, że Malfoy organizuje pod twoim nosem pojedynki, jakoś zdoła cię przekonać?
-Malfoy organizuje pojedynki?
- Tak, wczoraj próbował w to wciągnąć Pottera z Weasley'em, ale ich przekonałam, że to niezbyt rozsądny pomysł.
- Dobrze, sprawdzę te pojedynki. Po co ci jest potrzebna ta przepustka?
- Muszę spotkać się z kilkoma osobami. Z naszymi braćmi.
Słowo "brat" było zarezerwowane dla członków Zakonu Feniksa.
- Czemu nie możesz się zniknąć?
- Zimą łatwiej jest zamaskować migotanie światła. Poza tym spotkanie jest wyznaczone na ten weekend. Do Hogsmade udaję się z Cedrikiem.
- Na randkę - mrugnął porozumiewawczo do Minervy.
- Wiesz, że w soboty wszystkie wyjścia z Hogwartu są pilnowane lepiej niż zwykle? Wiesz, że to jest pierwszy wypad do Hogsmade w tym roku szkolnym? To wyobraź sobie, jakie będą tłumy. Miałabym niewidzialna przeciskać się między uczniami i nauczycielami? Lepiej, jak pójdę na oficjalnym zezwoleniu.
***
Śniadanie było pasmem niespodzianek. A przynajmniej dla niektórych. Wszyscy niemalże wszyscy zdziwili się widokiem wywlekanego za ucho z Wielkiej Sali Malfoy'a. Wszyscy prócz mnie i Cedrika - w końcu donos był naszym dziełem. Całą noc myśleliśmy, jak się gówniarzowi odpłacić za to jego zbytnie zainteresowanie moją osobą. I w końcu wymyśliliśmy. Sposób, aczkolwiek mało finezyjny, okazał się skuteczny.
Wszyscy byli zaskoczeni miotłą Pottera - nie ja - w końcu sama wypełniałam formularz zamówienia na
Nimbusa 2000.
***
Reszta dnia upłynęła podobnie, jak inne dni szkolne. I te minione i te przyszłe.
piątek, 01 sierpień 2008, 22:09 Potter kontra Malfoy. Nieudany pojedynek.
Siedzieliśmy przy obiedzie - ja, grupa Weasley'ów, Potter i obok jeszcze kilka osób. Oczywiście, co chwila musieliśmy powtarzać swoją opowieść o przypominajce i Malfoy'u. Gdy wtem po moich plecach przebiegł dreszcz - ktoś stał za moimi plecami. Był jeszcze w odległości zbyt dużej, by spróbować go złapać, więc zaczekałam, aż się zbliży na długość mojej ręki. Wtedy to zaatakowałam - moje uzbrojone w długie i wypielęgnowane paznokcie dłonie, złapały skraj szaty i pociągnęły, jak sie okazało samego Malfoy'a.
- O wilku mowa, a wilk tuż - powiedziałam z ironią w głosie, dobywając jednocześnie sztyletu, który zawsze nosiłam przy sobie. Ale szybko go schowałam - nikt przecież nie chciał rzezi podczas obiadu. Takie rzeczy niekorzystnie wpływają na trawienie. - Gadaj Malfoy, czego chcesz i zabieraj swoich koleżków zza pleców, bo poczęstuję ich porządną klątwą.
- Nie do ciebie przyszedłem. I nie rozkazuj mi. Myślisz, że jeśli jesteś siostrą wicedyrektorki to wszystkich możesz rozstawiać po kątach? - najmłodsza gałąź rodu Malfoy'ów jeszcze trzymała się hardo.
- A do kogo? Gadaj i spadaj - niechcący zrymowałam.
- Do bliznowatego. Wyzywam cię - zwrócił się do Pottera - na pojedynek. Dziś o północy. Kto jest twoim sekundantem?
- Ja - odparł Ron.
- Dzisiaj o północy w Izbie Pamięci. Jeśli nie przyjdziecie, jesteście tchórze.
Odwrócił się na pięcie, uniósł głowę w górę i wraz ze swoją świtą odszedł.
- Potter, to podpucha - powiedziałam cicho. - Nie idź. To jest pułapka - najprawdopodobniej na miejscu będzie czekał Filch albo Snape. Ja mogę iść zamiast ciebie, mi wlepią, co najwyżej szlaban. Jeśli ty pójdziesz, narobisz sobie kłopotów na kolejne siedem lat nauki, o ile Snape pozwoli Ci zostać w szkole.
- Mortycjo, ale to Harry został wyzwany. To jego sprawa.
- Jak chcecie. Ostrzegałam.
* * *
Gdy wybiła jedenasta, razem z Cedrikiem udaliśmy się do Izby Pamięci. Nikt nie mógł nas zobaczyć, choćby spojrzał na nas wprost, dostrzegłby słabe migotanie światła, które uznałby za złudzenie. Tak mała sztuczka.
Za kwadrans północ doszłam do całkowicie słusznego wniosku, że Malfoy się nie zjawi, a zamiast niego przyjdzie Filch.
Z wybiciem godziny dwunastej pojawili się Potter, Weasley i Longbottom, co było niespodzianką. Niedługo potem rozległo się szuranie - charakterystyczny odgłos wydawany przez stopy Filcha.
Nie wytrzymałam: i krzyknęłam:
- Filch!
Cedric wiedział już co robić. Wycelował różdżkę w zbroję i za pomocą zaklęcia sprawił, że zaczęła sie poruszać jakby w środku grasował Irytek. Do tego zaczął wyśpiewywać głosem niemalże identycznym do irytkowego:
- Stary Filch, głupi Filch! Tra la la la! I jego parszywa kotka! Tra la la!
Potter i Weasley zrozumieli o co chodzi, bo złapali Neville'a i pociągnęli go za sobą.
Filch zajął się nami: szukał Irytka, wyciągał ręce, klął. W końcu daliśmy mu spokój i wróciliśmy do mojego pokoju.
***
Rano dowiedzieliśmy się, że Potter z przyjaciółmi miał tej nocy jeszcze sporo mocnych wrażeń - przypadkiem trafili na zakazany korytarz i na Puszka.
piątek, 18 lipiec 2008, 09:47 Miotły, Malfoy i przypominajka... O pierwszej i jedynej lekcji latania...
Minęło sporo czasu odkąd pisałam tutaj ostatni raz. Ale nie było o czym,. Po co mam zanudzać was typową szkolną rutyną, codziennymi lekcjami? Nie zdarzyło sie nic przełomowego, nic co mogłoby wpłynąć na losy świata.
Ale teraz w końcu znów zaczęło się dziać. Jest połowa października, późna godzina nocna, a ja wciąż siedzę i eleganckim piórem oraz szkarłatnym atramentem zapisuję kartki tego pamiętnika. Spisuję ostatnie wydarzenia. Trochę jednak tego się działo w ostatnim tygodniu.
A zaczęło się wszystko równo tydzień temu, w czwartek, kiedy na tablicy w pokoju wspólnym pojawiła się notatka:
 
Lekcje latania
W czwartek 17 października o godzinie 12.30 odbędzie się lekcja latania.
Lekcja odbędzie sie na szkolnych błoniach, z udziałem pierwszej klasy Ślizgonów, pod okiem pani Hooch.
Obecność obowiązkowa.

Pod spodem był jeszcze dopisek dla mnie. Ledwo widoczny ludzkim okiem.

 
Ty też Mortycjo. Jak wszyscy to wszyscy. Bez żadnych numerów tylko. Liczę, że się dobrze spiszesz i dołączysz do drużyny.

I oczywiście podpis
 
Minerva McGonagall

Mimo tego dopisku, wiedziałam, że i tak trzeba będzie wywinąć jakiś numer, żeby nie trafić do tej cholernej drużyny.
Wszyscy strasznie ekscytowali się tym całym lataniem na miotle. Wszyscy oprócz oczywiście mnie, bo nigdy nie fascynowało mnie siedzenie okrakiem na latającej miotle i ten durny quidditch. Co może być fascynującego w grze, w której są cztery latające piłki, z których dwie latają za zawodnikami i próbują ich strącić?!?
Takie zabawy to nie dla mnie. Mnie fascynowały bardziej polowania, strzelanie z łuku, fechtunek i jazda konna. Te sporty uwielbiałam. Ale żeby spędzić godzinę czy półtorej na okrakiem na kiju od szczotki no to ani fascynujące, ani wygodne, a tym bardziej przyjemne.
Quidditchem podnieciła sie nawet panna Granger, która z biblioteki wypożyczyła opasłe tomiszcze "Quidditch przez wieki" i każdemu kto chciał jej słuchać udzielała wyczytanych tam instrukcji. Jakby latania na miotle można było się nauczyć, jak zaklęć albo transmutacji, z książki.
Nie omieszkałam jej tego powiedzieć, kiedy przyszła moja kolej wysłuchiwania jej cennych "rad". Wiem, że pewnie było jej przykro, ale no cóż... życie...
***
W końcu przyszedł wyczekiwany, przez prawie wszystkich, dzień lekcji latania. Równo o 12.30 dwie klasy spotkały się na hogwarckich błoniach i czekały tylko na przyjście pani Hooch, która zaraz pojawiła się niosąc swoją starą miotłę - stary model Komety. Za nią biegł Filch niosąc naręcze mioteł.
Rozejrzałam się po zebranych. Dostrzegłam czerwony blask między dłońmi Neville'a. To była jego Przypominajka, którą dostał dzisiejszego ranka w paczce od babci i, która zdążyła wywołać już zamieszanie - przy śniadaniu Malfoy, wyrwał ją Longbottomowi z ręki i swoim zwyczajem już chciał wyszydzić, gdy za jego plecami stanęła moja siostrzyczka. Teraz jednak Minervy nie było, a na Neville'a znów gapił się Malfoy. To mogło oznaczać tylko kłopoty.
Rozdano miotły. Jakimś dziwnym trafem zabrakło miotły dla mnie. Nie powiem, żeby mnie to zdziwiło, nie mniej jednak, gdy zobaczyłam czyja to sprawka, uśmiechnęłam sie pod nosem. Agdam dobrze wiedziała, jak bardzo nie lubię latać, więc dziwnym trafem tego dnia znalazła się na błoniach na lekcji latania.
Zmieszana profesor Hooch chciała odstąpić mi swoją, ale odmówiłam, twierdząc, ze tego dnia nie czuję się zbyt dobrze na latanie.
Odeszła, więc i poczęła wyjaśniać, jak powinno się przywołać miotłę i jak wystartować. Nie było to szczególnie trudne, jednak Neville jak zwykle spanikował i w efekcie złamał nadgarstek. Na trawę potoczyła się Przypominajka. Jak na razie tylko ja ją zauważyłam, ale jeśli Hooch zamierzała odprowadzić chłopca do skrzydła szpitalnego, to oznaczało, że kulkę może dostrzec również Malfoy.
Zostałam wyznaczona do opieki nad tą bandą. A ten parszywy, oślizgły Ślizgon wykorzystał zamieszanie by zdobyć własność Neville'a.
Wsiadł na miotłę (choć, jak przypominała dobitnie panna Granger NIE WOLNO NAM DOSIADAĆ MIOTEŁ! PANI HOOCH ZAKAZAŁA) i wystartował drwiąc z niezdarnego Neville'a.
Moja reakcja była natychmiastowa - zza pazuchy wyciągnęłam różdżkę i strzeliłam w niego zaklęciem. Uchylił się. Dopadłam miotły. Razem ze mną zrobił to Potter, w którym obudził się wrodzony i odziedziczony instynkt. Skinieniem głowy dogadaliśmy się. Ja spróbuję dopaść Malfoya, a on zajmie się Przypominajką, którą Draco trzymał w ręce i zamierzał rzucić gdzieś daleko.
Zgraliśmy sie idealnie. Ja dorwałam Malfoya i zrzuciłam go z miotły zaraz po tym, jak rzucił szklaną kulką. Potter dogonił ją i złapał - perfekcyjnie. Jak na syna najlepszego szukającego w historii szkoły przystało.
A potem wrzask mojej siostrzyczki. No i skończyło się tym, że ja trafiłam do tej cholernej drużyny jako rezerwowa, a Potter skończył jako najmłodszy szukający w dziejach quidditcha. Malfoy'owi nic się nie stało. Na nieszczęście, bo miałam nadzieję, że skręci kark. Oczywiście po obiedzie cała szkoła już o tym gadała.


sobota, 28 czerwiec 2008, 21:50 tajemnice Agdam
Pierwszy raz spotkałam ją, chyba w drugim tygodniu nauki, gdy śpieszyłam się na zielarstwo. Byłam mocno spóźniona, więc pędziłam na łeb na szyję w stronę szklarni numer 1.
Wtedy na nią wpadłam, niemal przewracając nas obie. Była to blondynka o dość jasnej karnacji, w niedającym określić się wieku. Mogłam mieć zarówno jedenaście, jak i siedemnaście lat. Dodatkowo biła od niej silna aura, jakiej człowiek nie byłby w stanie wyemitować.
Nigdy wcześniej nie widziałam jej w szkole.
- Kim jesteś? - zapytałam, zamiast przeprosić.
- Nazywam się Agdam i na pewno nie jestem człowiekiem. Tak samo jak ty. Emitujesz niezwykłą aurę. Wila?
- Nie, nie zgadłaś. Może nie będziemy tak stały na środku schodów, tylko pójdziemy gdzieś usiąść? Znam świetne miejsce, w którym będziemy mogły porozmawiać.
Poszłyśmy do mojej wieży. Zupełnie zapomniałam o zielarstwie, zresztą jedna lekcja w tą czy w tą różnicy nie robi. Jakoś wytłumaczę się profesor Sprout.
Zafascynowana byłam tym stworzeniem o imieniu Agdam. Nigdy wcześniej nie spotkałam osoby o takiej niezwykłej aurze.
U progu zrzuciłam iluzję. Skoro i tak wiedziała, że nie jestem człowiekiem to po co ukrywać swój prawdziwy wygląd.
- Zapomniałam się przedstawić. Mortycja McGonagall. Siostra Minervy, uczącej transmutacji.
Wpatrywała się we mnie bez słowa, jakby usiłując zakwalifikować mnie do jakiegoś znanego sobie gatunku. Wreszcie rzekła:
- Jesteś elfem prawda? I to niezbyt młodym już elfem. Mam rację?
- Tym razem tak. Teraz powiedz mi kim ty jesteś.
Okazało się, iż w tamtym momencie Agdam sama nie wiedziała kim jest. Mieszkała w samotnej chatce w głębi Zakazanego Lasu. Do Hogwartu zdecydowała sie wybrać po to, by dowiedzieć sie kim jest. A że miała doskonały dar perswazji, to zdołała przekonać nawet podejrzliwą bibliotekarkę, panią Pince, że jest uczennicą naszej uczelni.
Szybko zaprzyjaźniłam się z tą istotą.

Dopisek znajdujący się na marginesie...

Kilka tygodni później odwiedziła mnie znów. Tym razem była prawie pewna swego prawdziwego ja.
Otóż okazała się Smoczym Demonem, istotą niezwykle rzadko spotykaną, wręcz gatunkiem ginącym. Poza tym uznaną przez Międzynarodową Konferencja Czarodziejów za niezwykle niebezpieczną i wykazującą pociąg do czarnej magii. Mi jednakowoż to nie przeszkadzało, gdyż z Agdam byłyśmy teraz jak siostry. Obie nie mające z tym światem prawie nic wspólnego. Obie czujące wstręt do brudu i brzydoty. Obie z podobnym poczuciem humoru.
piątek, 27 czerwiec 2008, 14:24 profesor Quirell - zagadkowy młodzieniec w zagadkowym turbanie
Obrona przed czarną magią - lekcja, której wszyscy oczekiwali ze zniecierpliwieniem. Tak samo jak oczekiwano profesora Quirella, który miał jej nauczać.
Mówiono o nim wiele. Że mimo młodego wieku zdołał odbyć wiele podróży, a także że wiele przeżył. Podobno w albańskiej puszczy spotkał wampiry (albańskiej puszczy? dlaczego niby wampiry miałyby mieszkać w albańskiej puszczy? no niech mi to ktoś wyjaśni. z tego co wiem wampirów w Albanii nie ma, są natomiast w krainie zwanej Siedmiogrodem bądź Transylwanią w Rumunii - wiem z bardzo wiarygodnego źródła). Że uwolnił jakieś afrykańskie księstwo od wyjątkowo uciążliwego zombie i ów książę owego księstwa dał mu turban, którego przenigdy nie zdejmował (wierutna bzdura, po sposobie zawinięcia i wyglądzie tkaniny można było poznać, że turban pochodził z Turcji).
Rozczarował nas jednak, ten wielce osławiony Quirell - jąkał się niezmiernie, nie opowiadał nam niczego o swych sławetnych podróżach. Cały czas rozglądał się nerwowo, nigdy nie patrzył na rozmówcę, a do tego zawsze mówił szeptem, jakby w obawie, żeby niepowołani nie usłyszeli jego słów.
Lekcje obrony przed czarną magią też nie spełniały oczekiwań - były wręcz nudne. Sama teoria. A poza tym w klasie śmierdziało czosnkiem. Ledwo można było wysiedzieć.
Podsumowując - profesor Quirell i jego lekcje przyniosły nam tylko rozczarowania.

Jednakże przebywając z nim czuło się pewną dozę tajemniczości bijącą z jego fizjonomii i zachowania. Bo czyż człek tak wątły jak on, powinien zajmować się wymagającą tak wielkiej siły i hartu ducha dziedziną, jaką była walka z ciemnymi mocami? A może jego wątła postura i słabowitość ciała, jak i ducha (zdał mi się człowiekiem o bardzo płochliwej naturze) były tylko pozorami? I co tak naprawdę skrywał jego turban? Czyżby chował pod nim zawstydzającą w tym wieku łysinę, a może jakieś straszliwe blizny? A może to była tylko wyjątkowa pamiątka?
Jak zwykle czas miał wszystko wyjaśnić...
środa, 25 czerwiec 2008, 18:01 szepty, półszepty i ćwierćszepty... (uczniowksie pogawędki na różne tematy)
Między eliksirami, tj. pierwszą lekcją, a obroną przed czarną magią, która była następna w planie, mieliśmy godzinę przerwy. Nie było co robić, więc udaliśmy się do pokoju wspólnego.
Siadłam sobie w dalekim kącie sali i obserwowałam moich "rówieśników". Swym czułym elfim uchem łowiłam strzępki rozmów.
- Nie ma co, dała dzisiaj popalić Snape'owi - pełen podziwu szept Weasley'a.
- Nie miała prawa - to panna Granger włączyła się do dyskusji między Potterem a jego rudowłosym przyjacielem. - Snape jest nauczycielem i nikt, nawet siostra innej nauczycielki, nie powinna podważać jego autorytetu.
- Czy ktoś pytał cię o zdanie? - Ron rzucił jej wściekłe spojrzenie. Urażona panna Ja-wszystko-wiem odwróciła się i odeszła. Weasley machnął do mnie ręką. - Hej, Mortycjo, może chciałabyś się do nas przyłączyć? Mamy do ciebie kilka pytań.
"Czemu nie" pomyślałam i przysiadłam się do Pottera i Weasley'a.
- To co zrobiłaś ze Snape'em było super. Świetnie go załatwiłaś. Czadowo po prostu. Nie bałaś się go?
- Jego? Ja? Ronaldzie Weasley, jeszcze nie wiesz z kim rozmawiasz - powiedziałam do niego z enigmatycznym uśmiechem.
- Ron, wystarczy Ron - burknął jakby speszony rudzielec.
- Jak to zrobiłaś? Co ty wiesz o Snape'ie takiego, że on się ciebie boi? - nieśmiało spytał Harry.
- Nic wielkiego. I właściwie tak naprawdę, nawet nie wiem, czemu się tak zachowałam. To było takie głupie - Gryffindor mógł stracić przeze mnie punkty - mała moralizatorska mowa nie zaszkodzi. - Chociaż z drugiej strony widzieliście miny Ślizgonów? Snape'owi się należało i tyle.
- Skoro mógł odebrać punkty Gryffindorowi, to czemu tego nie zrobił?
- Nie wiem. Może bał się, że pójdę się poskarżyć na jego wybryk dyrektorowi.
* * *
Słyszałam też inne rozmowy. Lavender i Parvati spierały się o to, która ma fryzurę bardziej podobną do czarująco uśmiechniętej wiedźmy z okładki czasopisma "Czarownica". Dean i Seamus spierali się o futbol.
Panna Granger tłumaczyła Neville'owi jakąś zawiłą kwestię związaną z zadaną przez Snape'a pracą domową. Jako jedyna zabrała się już za odrabianie lekcji.
Tak upływał czas w wieży Gryffindoru.
poniedziałek, 23 czerwiec 2008, 17:06 zagubiona kartka
Kartka ta zupełnie przypadkowo wyleciała z pamiętnika. Zapiski te oryginalnie miały swoje miejsce zaraz na początku, po wstępnych informacjach, a przed notatką zatytułowaną Hufflepuff. Za bałagan serdecznie przepraszam.

Tamten wtorek. Dziwny był to dzień. Smutny i zarazem pełen wesołości. Od domu do domu przekazywano sobie wiadomość: "Czarny Pan zaatakował Potterów. Lily i James nie żyją. Harry'emu nic nie jest. Czarny Pan zniknął. Prawdopodobnie zginął bądź stracił moc."
Wiadomość ta wyciskała z oczu łzy, jednocześnie rozpalając w sercu nadzieję, iż potworny czas terroru i strachu już minął. Dawała nadzieję, że wkrótce wszystko powróci do normalności. Że nie będzie się słyszało już więcej o torturach i tajemniczych zniknięciach. Że nie będzie już ofiar.
Ta wiadomość wyszła z ust członków Zakonu i z Hogwartu rozeszła się na cały czarodziejski świat.
Otóż jeden z naszych szpiegów, w poniedziałek wieczorem doniósł nam, że w Dolinie Godryka dzieje się coś dziwnego. Kiedy tam dotarliśmy (ja, Syriusz Black, Dumbledore i kilka innych osób) zastaliśmy dom w ruinie, jakby rozsadzony od wewnątrz, a w środku ciała Jamesa i Lily. Voldemorta nigdzie nie było, ale po podłodze walały się jego szaty. W kołysce leżał Harry. Nic mu się nie stało, jedynie jego czoło zdobiła przedziwna blizna. Blizna w kształcie błyskawicy, która pozostanie na jego czole już na zawsze.
Zastanawiający był fakt nieobecności Voldemorta. Nie zostało po nim nic, oprócz rozrzuconych szat.
- Zabierajmy Harry'ego i chodźmy stąd - powiedział, o ile pamiętam, Sturgis Podmore.
- A Lily i James? Nie możemy przecież ich tak zostawić - zawołałam.
- Ale Voldemort może wrócić... - próbował oponować Sturgis.
- On już nie wróci. Przynajmniej nie teraz - zapewniłam wszystkich.
- Jak to? - nawet załamany Syriusz zwrócił się w moją stronę.
- Spójrzcie chociażby tu - wskazałam na porozrzucane po ziemi szaty. - Zaklęcie, którego użył, by zabić Harry'ego, odbiło się od niego i trafiło wprost w Voldemorta. Nie zdążył się uchylić i jego ciało wyparowało.
- Mortycja ma rację. Voldemort nie pozostawiłby Harry'ego w spokoju, gdyby mógł - odezwał się Dumbledore.
- Tak więc jego już nie ma? - słaba nadzieja błysnęła w oczach pozostałych.
- Voldemort utracił ciało, jednakże nadal żyje, a raczej egzystuje. Być może kiedyś spróbuje wrócić, ale mam nadzieję, że mu na to nie pozwolimy. Prawda?
Kiwnęli głowami. Dumbledore zaczął wyznaczać zadania:
- Mortycjo, Syriuszu, Cedriku - zabierzcie stad Harry'ego i udajcie się z nim do Hogwartu.
- Dumbledore, przecież do tego wystarczy jedna osoba.
- Mylisz się. Ktoś musi ochraniać Harry'ego i osobę, która będzie go niosła. Prawda?
To był niezaprzeczalny fakt.
- Reszta niech wyniesie stąd ciała Lily i Jamesa. Trzeba wyprawić im pogrzeb.
* * *
We wtorek wieczorem wszyscy pożegnaliśmy się z Harry'm, który miał zostać oddany mugolskiej rodzinie siostry jego matki.
Minerva przez cały dzień podpatrywała Dursley'ów, Dumbledore gdzieś zniknął, Syriusz kręcił się w kółko i jakby coś rozpamiętywał.
Nadeszła oznaczona godzina. Hagrid zabrał Harry'ego i pożyczywszy od Syriusza jego ukochany motor, który nagle przestał być mu potrzebny ruszył do Dursley'ów.
* * *
Nie musiałam długo myśleć, czemu Syriusz tak łatwo zgodził pożyczyć się Hagridowi motor. Niedługo potem okazało się co planował. Chciał odpaść zdrajcę i prawie go miał. Ale się nie udało...
* * *
Tak oto Harry trafił do domu wujostwa...
poniedziałek, 23 czerwiec 2008, 15:50 burza w cynowym kociołku - czyli o pierwszej lekcji eliksirów słów kilka...
Pod koniec śniadania przy stole zjawiła się Minerva i rozdała obowiązujący rozkład zajęć. Jeden rzut oka na mój plan lekcji i wiedziałam, że ten dzień nie będzie należał do przyjemnych.
Pierwszymi bowiem zajęciami były eliksiry. Eliksiry nie dość, że z Severusem Snape'em, to w dodatku jeszcze łączone z klasą Ślizgonów. Oj, szykowała sie niezła burza z mnóstwem piorunów.
Zaczęło się już przed wejściem do lochu, w którym odbyć miały sie zajęcia. Po dzwonie oznajmiającym początek lekcji, z klasy wyszedł on - Severus Snape, z wiecznie tłustymi włosami, szatą powiewającą za nim jak skrzydło nietoperza i tą niezdrową ziemistą cerą. Jedno spojrzenie na niego wystarczyło, by wywnioskować, że nie należy do ludzi, których można obdarzyć sympatią. Takie spostrzeżenie było arcytrafne. Snape, ku uciesze Ślizgonów od razu zaczął czepiać się moich współdomowników. A to nie byli należycie ustawieni, a to nie pasowało mu coś innego. Do mnie też próbował się przyczepić, ale nie dałam mu szans. Jako elfka posiadam niezwykle silny umysł toteż wniknęłam w jego myśli i przekazałam mu wyjątkowo realistyczną wizję - dementorów prowadzących go do Azkabanu.
W klasie podzieliliśmy się na dwa wrogie obozy - Ślizgoni umiejscowili się bliżej swego opiekuna, natomiast my, Gryfoni, z daleka od nich, gdzieś w absolutnym końcu lochu. No cóż, antypatia i rywalizacja między domami była tak mocna, że wyczuć można jak z każdą chwilą gęstnieje i tak już mocno zagęszczone powietrze lochu.
Miałam też pewne przeczucie. Dotyczyło ono Snape'a i Harry'ego. Domyśleć się można było, że Severus nie będzie pałał sympatią do syna swego największego wroga z lat szkolnych. I sprawdziło się to, bowiem po odczytaniu listy obecności Snape zaczął dręczyć Pottera pytaniami, na które prawie nikt nie mógł znać odpowiedzi.
- Gdzie będziesz szukał bezoaru?
Brak odpowiedzi ze strony Harry'ego, który w przeciwieństwie do wszechwiedzącej panny Granger nie zajrzał w wakacje do szkolnych podręczników. Jej ręka błyskawicznie powędrowała w górę.
Snape wyraźnie zignorował wycelowaną w sklepienie dłoń Panny Ja-Wszystko-Wiem i zadał kolejne pytanie.
- Czym różni się mordownik od tojadu żółtego?
Panna Granger ledwo wytrzymywała by nie podzielić się ze wszystkimi swoją wiedzą. Harry nadal milczał, bo i cóż miał powiedzieć, skoro zrobił to co wszyscy zdrowi na umyśle uczniowie - po zakupie podręczników rzucił je w kąt.
- Cóż to panie Potter? Zupełna ignorancja? Ale dam ci jeszcze jedną szansę... Powiedz mi co otrzymamy jeśli dodam sproszkowany korzeń asfodelusa do nalewki z piołunu?
Tego też nie mógł wiedzieć. Za to panna Granger wymachiwała swoją dłonią na wszystkie strony.
- Nie wiesz? Cóż, tego się właśnie spodziewałem. Bezoar to kamień tworzący się...
-... w żołądku kozy. Mordownik i tojad to jedna i ta sama roślina. A sproszkowany korzeń asfodelusa i nalewka z piołunu utworzą wywar żywej śmierci - napój usypiający o ogromnej sile - przerwałam Snape'owi.
- Proszę, proszę, panna McGonagall się przygotowała.
- Snape, proszę, nie podlizuj się. Wiesz dobrze, że tego nie cierpię - przez klasą przebiegł szept zdziwienia. - Myślisz, że nie wiem, dlaczego nie zapytałeś o to panny Granger? Ja doskonale wiem, dlaczego Potter stał sie twoją ofiarą. Wiem za co go nienawidzisz, tak samo jak nienawidziłeś jego ojca... Uważaj na to co robisz i co mówisz, bo ja nie będę tolerować, jeśli będziesz kogoś poniżał w mojej obecności.
- Masz szlaban - Snape próbował jakoś przywrócić sobie panowanie nad klasą.
- Wiesz, gdzie sobie możesz go schować. Zaczynaj lekcję.
Klasa wybałuszała na mnie oczy ze zdumienia. Ślizgoni patrzyli ze wstrętem i odrobiną strachu, natomiast Gryfoni z podziwem.
***
Niemało miałam przez to kłopotów z moją siostrzyczką.
Jeszcze tego samego dnia wpadła do mojej wieży i od progu zaczęła mi wyrzucać, jakie to było nieodpowiedzialne, głupie i niedojrzałe.
Jej opinia wielce mnie nie obeszła, ale stwierdziłam, że na przyszłość warto się nie wyróżniać.
sobota, 14 czerwiec 2008, 15:59 rozmowy przy śniadaniu, czyli kim są moi rówieśnicy
Gdy się zjawiłam, w Wielkiej Sali było tłoczno. Przy stołach siedziała już większa część uczniów. Tylko pojedyncze miejsca były wolne.
Przypadło mi krzesło pomiędzy "swoimi", tj. pomiędzy pierwszorocznymi. Nie miałam nic przeciwko temu, wypadało ich trochę poznać, bo przecież to z nimi spędzę większą część mojej nauki.
Siadałam między jedną z tych egzotycznych bliźniaczek, a przedstawicielem Weasley'ów.
Pomyślałam, że miło byłoby sie przedstawić, więc zagadnęłam do swojej sąsiadki.
- Cześć nazywam sie Mortycja McGonagall.
Zanim jednak tamta zdążyła się odezwać, uprzedziła ją dziewczyna o gęstych kasztanowych włosach.
- Jesteś rodziną z profesor McGonagall?
Z prawej strony doleciał mnie szept Weasley'a do Pottera, który z nim sąsiadował:
- Znowu ta pani Hermiona Ja-Wszystko-Wiem Granger. Czy ona nie potrafi się powstrzymać od komentowania? Mogłaby zachować tą swoją wiedzę dla siebie.
Nieomal parsknęłam w owsiankę. Zaraz jednak się powstrzymałam i powiedziałam do przemądrzałej panny Granger:
- Oczywiście, że tak. To nazwisko w czasach obecnych jest już rzadkością, jak już zapewne wiesz. Wszyscy żyjący McGonagallowie to bliska rodzina. Minerva to moja rodzona siostra.
Tego jednak chyba nie wiedziała, bo patrzyła na mnie z rozdziawionymi ustami. Miło było tak zadziwić kolegów na samym początku.
Ponownie zwróciłam się w stronę sąsiadki:
- A ty jak się nazywasz?
- Parvati Patil. Czy ktoś wie, jak to jest z przydziałami rodzeństwa? Bo moja siostra trafiła do Ravenclawu, a ja tutaj.
- No wiesz, jeśli macie różne charaktery to mogłyście trafić do dwóch różnych domów.
- Ale my jesteśmy bliźniaczkami. Dotąd byłyśmy prawie nierozłączne.
- Zobaczysz, Jakoś to będzie - pocieszyła ją blondynka, którą zidentyfikowałam jako Lavender Brown - pierwszą która trafiła do Gryffindoru.
Gdzieś dalej toczyła sie rozmowa chłopców o rodzinach.
- Babcia martwiła się, że jestem niemagiczny - powiedział Neville Longbottom. - ale w dniu jedensatych urodzin, okazało się, że nie miała racji.
- Ja dopiero kilka lat temu dowiedziałem się, że jestem czarodziejem - moja mama jest mugolką, ale ojciec był czarodziejem. Odszedł od nas, kiedy byłem jeszcze mały. Matka wyszła ponownie za mąż – za mugola.
- Dean, a co twój ojczym powiedział, jak dowiedział się, że ty będziesz czarodziejem? - głos należał do Seamusa Finningana, którego również rozpoznałam z wczorajszej ceremonii przydziału.
- Kiedy usłyszał, że mój tata był czarodziejem i ja pewno też będę, to podobno długo do siebie dochodził. Teraz to już go nawet to nie rusza.
Potter gawędził spokojnie z Weasley'em.
- ... kiedyś mnie uratowała. Kilka lat temu.
- Serio? A przed czym cię uratowała?
- Długa historia...
środa, 11 czerwiec 2008, 18:41 samotna w wieży
Uczta dobiegła końca...
Uczniowie poczęli wstawać z miejsc, by udać się do swoich dormitoriów. Ja również wstałam, podeszłam do prefekta domu, by zapytać o hasło. Później wybiegłam. Wiedziałam, że Cedric czeka na mnie w jednym ze skrótów prowadzących na trzecie piętro, toteż popędziłam tam jak najszybciej.
Razem udaliśmy się na czwarte piętro, odnaleźliśmy gobelin, za którym ukryte było wejście do mojej wieży.
Od progu skoczyła na mnie Mia - moja wspaniała czarna kotka. Kiedy już sie nami znudziła, odeszła.
Siedliśmy na dywaniku przed kominkiem.
- Co się stało?
- Malfoy słyszał naszą rozmowę w pociągu.
- Przejmujesz sie tym?
- Teraz już nie, ale wtedy kompletnie wytrąciło mnie to z równowagi. Myślałam, że utopię go w jeziorze.
- To byłoby coś. Ten dzień przeszedłby do historii. Pisaliby o tobie we wszystkich gazetach. Już sobie to wyobrażam. Nagłówek "Proroka" - "Tragiczny początek roku - pierwszoklasistka, Mortycja M. (jak to pisują o kryminalistach w mugolskich dziennikach), utopiła w jeziorze potomka jednego z najstarszych czarodziejskich rodów.". A pod spodem: "Lucjusz Malfoy domaga się dożywocia w Azkabanie dla zabójczyni swego syna."
- Bardzo śmieszne - powiedziałam urażonym tonem. Ale zaraz oboje roześmialiśmy się.
Nagle spoważniałam.
- Zostaniesz dzisiaj?
Cedric też umilkł.
- Bardzo bym chciał, ale dzisiaj moja nieobecność byłaby mocno podejrzana. Zostanę jeszcze do północy, a później wrócę do dormitorium. Nie martw się, w porównaniu do całej wieczności, jaką nam dano ta jedna noc nic nie będzie znaczyła.
Kiwnęłam głową na znak zrozumienia. Jednakże było mi bardzo smutno. Przysunęłam się bliżej Cedrika, położyłam mu głowę na ramieniu i marzyłam. A właściwie wspominałam nasze pierwsze lata razem. Ach, to było tak dawno...
Z zadumy wyrwało mnie nazwisko Malfoy.
- Mógłbyś powtórzyć to co mówiłeś?
- Właśnie powiedziałem, że ten gówniarz Malfoy na pewno będzie sprawiał kłopoty.
- Nie bój się, poradzimy sobie z nim. Nie tacy jak on stawali nam na drodze...
- Prawda. Ale, Mortycjo, dochodzi północ... Uciekam. Śpij dobrze.
Najchętniej nie puściłabym go, ale zanim zdążyłam się zorientować już zarzucił na siebie iluzję niczym maskę i wybiegł z wieży.
Powoli powlokłam się do sypialni. Długo jeszcze tej nocy nie mogłam zasnąć. Przez chwilę miałam ochotę przenieść się do dormitorium dziewcząt w wieży Gryffindorze, ale zaraz odrzuciłam ten pomysł.
poniedziałek, 09 czerwiec 2008, 19:40 witaj znów Gryffindorze...
Ceremonia przydziału rozpoczęła się. Ja też musiałam wziąć w niej udział. Ale była to czysta formalność - od zawsze trafiałam do domu Godryka, bo tam wśród ludzi ceniących przede wszystkim odwagę i przyjaźń czułam się najlepiej.
- Abbot, Hanna - wywołała pierwszą osobę z listy Minerva.
Z szeregu wyłoniła się szczupła dziewczynka o krótkich kasztanowych włosach. Ledwie Tiara musnęła jej czoło, a dokonano przydziału:
-Hufflepuff!
Przy stole Puchonów rozległy się oklaski, mające zachęcić zapewne nieśmiałą Hannę do podejścia ich stołu. Spoza innych twarzy dostrzegłam także twarz Cedrika. Nie klaskał, nie zwracał nawet uwagi na nowoprzybyłą, ale wpatrywał się we mnie. Kiedy dostrzegł, że spojrzenie zostało odwzajemnione uśmiechnął się, tym swoim unikalnym, czarującym uśmiechem...
A ceremonia trwała. Wywołano Brown Lavender, która jako pierwsza trafiła do Gryffindoru. Później przyszła pora na kolejnych uczniów: Crabbe'a, Finningana, Goyle'a, Granger Hermionę (otóż to była ta dziewczyna z burzą kasztanowych włosów) i tak dalej i tak dalej. Lista ciągnęła się długo, nie sposób spamiętać wszystkich nazwisk.
Coraz mniej i mniej nas było. Do stołka, na którym leżała Tiara podszedł ten niezdarny chłopczyk, właściciel nieszczęsnej Teodory, Neville Longbottom. Trafił do domu Godryka, przy okazji wywołując salwę śmiechu, gdy zapomniał ściągnąć z głowy starą Tiarę.
Czas na literę M.
- MacMillan, Ernie - zawołała Minerva.
Chłopak trafił do Puchonów Znów salwa radości przy stole Cedrica. A on cały czas wpatrzony był we mnie.
- Malfoy, Draco - w głosie mojej siostrzyczki dało się słyszeć nutę odrazy. Oczywiście bladolicy trafił tam, gdzie pasował najlepiej - do zimnego lochu Ślizgonów.
Przyszła pora na mnie. Wyprostowałam się, dumnie uniosłam głowę i czekałam.
Aż w końcu:
- McGonagall, Mortycja.
Szept przebiegł po sali. Dostrzegłam błysk w oku mego ukochanego, ale niestety dostrzegłam niebezpieczny błysk w oku Dracona. Uniosłam głowę jeszcze wyżej i pewnym krokiem poszłam w stronę Tiary.
Stara, wyświechtana Tiara opadła mi na czoło, a w głowie usłyszałam szept:
- To znowu ty? Który to już raz?!?
- Ostatni - odrzekłam w myślach.
Nie trwało to więcej niż setną część sekundy. Tiara wrzasnęła:
- GRYFFINDOR!!!!!
Stół zabrzmiał gromkimi brawami. Wiwatował również Cedric. Zdjęłam z siebie Tiarę, odłożyłam ją na stołek i pobiegłam do stołu. Pierwszy powitał mnie Prawie Bezgłowy Nick.
- Witaj, Lady Mortycjo.
- Witaj, sir Nicholasie, zwany Prawie Bezgłowym - odpowiedziałam mu uprzejmie. Jednocześnie w duchu wysłałam mu taką oto wiadomość: - Proszę Nicku, nie zdradź mojej tożsamości ani tego, że to nie jest mój pierwszy raz tutaj. Nie chcę się jeszcze ujawniać. Kiedy przyjdzie czas, zrobię to, ale jeszcze nie teraz. I nigdy więcej, póki się nie ujawnię, nie używaj słowa Lady w stosunku do mnie. Proszę.
Nicholas niezauważalnie skinął głową. Nawet gdyby chciał, to nie mógł zrobić tego inaczej - jego głowa ledwo trzymała się przy tułowiu - jeden gwałtowny ruch, a opadała mu na ramię. Od dwustu lat miał ten niezbyt miły problem...
Ceremonia się skończyła. Egzotyczne bliźniaczki zostały rozdzielone, Potter trafił wraz z Weasley'em do Gryffindoru. Uczta potoczyła się zwykłym trybem....
sobota, 07 czerwiec 2008, 20:36 łódkami po jeziorze, czyli o tym, jak pierwszoroczni dostają się do Hogwartu...
Pociąg zatrzymał się w Hogsmead. Pożegnaliśmy się z Cedrikiem jeszcze w przedziale, bo wiedzieliśmy, że tłum uczniów wylewających się z wagonów może nas rozdzielić. Jednocześnie wiedzieliśmy, że nie dana nam będzie wspólna podróż powozem do Hogwartu.
Jak też się spodziewałam, fala uczniów porwała mnie już na korytarzu pociągu i pociągnęła ze sobą na peron. Kiedy się tam znalazłam dostrzegłam Hagrida nawołującego pierwszoroczniaków. Tłum powoli rzednął. Po chwili zostaliśmy tylko my, pierwszoklasiści. Było nas całkiem sporo.
Zanim zdążyliśmy ruszyć zlustrowałam swoich "rówieśników". Tu i tam dostrzegłam parę ciekawych twarzy, a także kilkoro znajomych (lepszych lub gorszych). W oczy rzucał się oczywiście ten bladolicy i jasnowłosy Draco Malfoy wraz z obstawą, następnie był jakiś niezdarny i skulony chłopaczek, towarzyszący dziewczynce z burzą kasztanowych włosów na głowie. Moje spojrzenie przesuwało się dalej. Blisko Hagrida stał chłopiec o charakterystycznych, wiecznie roztrzepanych włosach, tak, Harry Potter, a zaraz obok dostrzegłam czuprynę o należącą z pewnością do Ronalda Weasley'a, najmłodszego syna bliskich magicznych sąsiadów Diggorych. Wszyscy w ich rodzinie mogli poszczycić się włosami w odcieniu miedzi. Moja obserwacja skończyła się na bliźniaczych dziewczynkach, o bardzo egzotycznych rysach.
***
Doszliśmy nad jezioro. Z ust moich przyszłych kolegów i rywali wydobyły się okrzyki i westchnienia, wyrażające zachwyt mrocznym, strzelistym i ponurym gmachem Hogwartu.
Hagrid porozsadzał nas do łódek. Trafiłam na egzotyczne bliźniaczki i dziewczyne o mopsowatym wyrazie twarzy. W łódce obok płynął Malfoy i jego dwa osiłki.
Podróż przebiegła w miarę spokojnie. Zdarzyły się tylko dwa incydenty, z których jeden dotyczył pośrednio mnie, drugi zaś przydarzył się temu niezdarnemu, pyzatemu chłopczykowi, który towarzyszył dziewczynce z burzą kasztanowych włosów. Otóż posiadał on ropuchę Teodorę. I owa ropucha na środku jeziora postanowiła, że ma dość i wyrwała się z jego rąk. Wyskoczyła z łódki i zniknęła w wodach jeziora.
Jednak chciałabym także opowiedzieć o innym incydencie - o tym, który mnie dotyczył. Jak już mówiłam, obok mojej łódki płynęła łódka Malfoy'a. Tuż pod koniec rejsu usłyszałam, jak szeptem mówi do swoich wielkich kumpli.
- Słuchajcie, tamta dziewczyna, co płynie w łódce z Pansy i bliźniaczkami, jest jakaś dziwna. Nie wiem, skąd mnie zna. A poza tym dziś słyszałem, jak mówiła do kogoś w swoim przedziale, że nie jest z tego świata. Może nie dosłownie tak, ale mniej więcej taki sens to miało.
Zapadła przerwa, po czym znów Malfoy powiedział:
- Na Pokątnej nazwała mnie i moją rodzinę szumowinami. A teraz jeszcze to. Ale niech ona uważa, bo ja odkryję jej tajemnicę...
poniedziałek, 02 czerwiec 2008, 19:08 pierwszy i ostatni raz w ekspresie Hogwart-Londyn...
Resztę wakacji spędziłam u Diggorych. Ich rodowa siedziba położona jest w tak ślicznej okolicy, że moje niezwykle wyczulone na piękno zmysły w końcu znalazły zaspokojenie.
Długo by opowiadać o przepięknych krajobrazach, o tych zielonych pagórkach, o tej dolince, w której stał samotny dworek Diggorych, o strumyku szemrzącym w ogrodzie. O tych cudownych chwilach spędzonych z Cedrikiem. O tych naszych nocnych wycieczkach przy świetle księżyca, o spacerach po okolicznych wzgórzach. Było wspaniale. W końcu mogłam zrzucić iluzję i cieszyć się własnym wyglądem, przeglądając się w wodzie strumyka jak w najwspanialszym lustrze. Oj, nie raz Cedric zastał mnie z głową prawie w strumieniu. Lub drzemiącą w cieniu, na miękkiej trawce, zawsze w otoczeniu kwiatów.
Wakacje płynęły powoli, ale idylla nie może trwać wiecznie. W końcu przyszedł dzień 31 sierpnia. To było tak nieoczekiwane. Zbudziłam się rano i zaraz opanował mnie jakiś dziwny smutek. Rozejrzałam się i mój wzrok przypadkowo zawadził o kalendarz... Był ostatni dzień wakacji. Dzień upłynął znacznie szybciej niż poprzednie - przecież oprócz słodkiego lenistwa mieliśmy teraz coś do roboty - pakowanie się...
Nadszedł wieczór i pożegnalna kolacja. A później, później trzeba było iść spać... Nie, nie poszliśmy od razu spać...
O północy wymknęliśmy się i poszliśmy na ostatni spacer przy świetle księżyca...
***
Na peronie 9 i 3/4 było strasznie tłoczno. Zapytacie, czemu jadę pociągiem, skoro mogłabym użyć proszki Fiuu... Chciałam po prostu przekonać się, jak to jest... Jakie to uczucie, cały dzień jechać i jechać...
Wciąż w swoich właściwych postaciach przekroczyliśmy barierkę między peronami 9 i 10, aby po chwili znaleźć się na peronie, z którego ruszał pociąg do Hogwartu.
Przedział mieliśmy cały dla siebie. To dawało nam możliwość swobodnej rozmowy...
- Zamieszkasz w dormitorium w wieży Gryfonów czy nadal będziesz mieszkać u siebie?
- Chyba wolałabym jednak zostać w mojej prywatnej wieży. Tam przynajmniej nie muszą się kryć pod iluzją, a poza tym do wieży Gryffindoru chyba byś wstępu nie miał...
- Tak, to prawda. A kiedy i ja mógłbym zamieszkać z tobą w tej wieży?
- Nie wiem. Po pierwsze musiałabym uprzątnąć jeden pokój dla ciebie, a po drugie co na to powiedziałaby Minerva?
- Bardzo się nią przejmujesz ostatnio...
- Nie po prostu, nie chcę, żeby się czepiała...
- Ale to ty jesteś starsza...
- Nie w tym świecie... Tu to Minerva jest starsza...
Umilkłam, bo za drzwiami dostrzegłam sylwetkę jakiegoś pierwszaka. Wyjrzałam.
- Niech to cholera, to Draco Malfoy.
- Synalek tego MALFOY'A?
Pokiwałam głową. Nie wiedziałam, co Malfoy, już usłyszał, a czego nie. Musiałam coś zrobić, bo byłam pewna, że jeśli chłopak usłyszał o mnie i o Minervie, to mogą być kłopoty... Trzeba było jakoś odciągnąć jego uwagę...
Skupiłam całą swoją wolę na nim i podsunęłam mu myśl: "Idź do ostatniego przedziału. Tam ktoś na ciebie czeka."
Wiedziałam, że w ostatnim przedziale siedział Potter, a wraz z nim młody Weasley. Chodziło mi tylko o to, aby Malfoy przestał myśleć o moich sprawach...
sobota, 31 maj 2008, 21:51 nieoczekiwane spotkanie
Kiedy już miałam nową różdżkę, zostało mi tylko odwiedzić sklep Madame Malkin.
Miałam cichą nadzieję, że nie spotkam Harry'ego. Ale jakoś tak się zdarzyło, że on tam jeszcze był. I na nieszczęście był tam też Draco Malfoy.
O rodzinie Malfoy'ów sporo sie przez te trzy lata bezczynności dowiedziałam. Nigdy oficjalnie nie oskarżono ich o współpracę z Voldemortem, ale powszechnie wiadomo było, że są jego gorliwymi zwolennikami. A po jego upadku niezwykle szybko zmienili poglądy...
A teraz synalek jednego z najzagorzalszych wielbicieli Sami-Wiecie-Kogo rozmawiał, jak gdyby nigdy nic, ze zgubą ich pana.
***
Kiedy dojrzałam ich przez sklepową witrynę, postanowiłam interweniować. By nie doszło do najgorszego - skalania czystego umysłu Pottera przez jakieś antymugolskie idee.
Pewnym krokiem wkroczyłam do sklepu i od razu skierowałam się ku Potterowi i jego rozmówcy.
-...wiesz, bo ja na pewno trafię do Slytherinu. Cała rodzina tam była - chwalił się Malfoy. Chyba jeszcze nie wiedział z kim rozmawia.
- No tak, wszyscy Malfoy'owie tam trafiają. Dzieje się tak ze wszystkimi tego typu szumowinami. Od wieków tkwicie w tych swoich podziemiach. Wśród węży i czarnoksiężników.
Blond główka Malfoy'a odwróciła się w moją stronę. Jednakże nie miał czasu zripostować, bo oto właśnie Madame Malkin powiedziała, że jego szaty są już gotowe.
Kiedy Draco już się wyniósł mrucząc pod nosem coś, co brzmiało, jakby: "Zapamiętam cię", mogłam swobodnie porozmawiać z Potterem.
- I jak Harry, wszystko już masz?
- Skąd znasz moje imię? Zaraz, zaraz, czy to nie ty przypadkiem przegoniłaś kilka lat temu bandę Dudley'a?
- Owszem.
Zaczął mnie wypytywać o sprawy związane z magią, Hogwartem i wszystkim czego nie rozumiał. Tłumaczyłam powoli i cierpliwie, dopóki nie ujrzałam Hagrida stojącego na zewnątrz, na Pokątnej.
piątek, 30 maj 2008, 19:39 ..:trzecie pióro:..
Jednocześnie z Hagridem (i Harrym), wybrałam się na Pokątną w celu zakupienia podręczników. Po drodze wpadłam do Dziurawego Kotła.
***
- O Lady Mortycja - zawołał Tom, dostrzegając moją smukłą postać.
- Tom, proszę nie przy ludziach. Nikt nie zwraca się do mnie w ten sposób, nie róbmy scen.
- Niech się Lady nie gniewa... Co podać?
- Tym razem nic, muszę się po prostu dostać na Pokątną. Ale najpierw daj mi na chwilę klucz do pokoju.
- Dobrze.
Tom wiedział o co chodzi - musiałam (chociaż nie, nie musiałam) rzucić na siebie zaklęcie iluzji.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam wchodząc po schodach były otwierające się drzwi i pojawiającą się w nich postać Hagrida, który przed sobą pchał jakąś przestraszoną postać. Harry'ego oczywiście.
Całe szczęście Hagrid mnie nie zauważył. Bo nie wiem, jak wytłumaczyłby Harry'emu kim jestem. Zresztą chciałam zrobić to później.
***
Pierwsze moje kroki na Pokątnej skierowałam ku ""Esom i Floresom", gdzie umówiona byłam z Cedrikiem. No i przecież trzeba było zakupić komplet podręczników.
Później zaliczyłam sklep z kociołkami i aptekę, w której niechcący natknęłam się na Malfoy'ów. Fuj... Paskudztwo...
Zanim jeszcze udałam się do Ollivandera po różdżkę, odwiedziłam sklep z magicznymi zwierzętami i zakupiłam przecudnego, czarnego kociaka o gęstej, długiej i lśniącej sierści.
***
Wreszcie weszłam do sklepu Ollivandera.
- Mortycjo, czy przekażesz Albusowi, że Potter kupił różdżkę z piórem jego feniksa? - rzekł bez powitania wytwórca różdżek.
- Oczywiście. Poza tym przyszłam tu, żebyś wytworzył mi różdżkę...
- Znowu? A ta sprzed stu lat, którą zrobił mój dziadek gdzie się podziała?
- Przepadła bez śladu. Tym razem mam ze sobą rdzeń.
- No cóż to takiego?
Otworzyłam futerał. Ollivander aż otworzył usta ze zdziwienia...
- Czy to... Czy to...
- Tak, to pióro tego samego feniksa.
- Niesłychane. Trzy różdżki. Trzy rdzenie...

środa, 28 maj 2008, 21:46 Plan B - czyli Hagrid, Harry i świński ogonek
W mojej misji zawiodłam. Musieliśmy wysłać Hagrida...
***
Akurat to wydarzenie pani Rowling przedstawiła bardzo wiernie, więc ja tylko wspomnę tu tylko o paru rzeczach, które wydają mi się istotne...
***
Rankiem wezwano mnie do gabinetu Dumbledore'a
- Tak Albusie?
- Widzisz Mortycjo, zbliżają się jedenaste urodziny Harry'ego, a ty nie dostarczyłaś mu wiadomości. Nie pozostaje nic, jak tylko wysłać Hagrida. Będziesz koordynowała jego działania, ale Dursley'om się nie pokażesz...
- Dobrze Albusie.
***
Hagrid bardzo był zadowolony z powierzonego mu zadania - cieszyła go perspektywa spotkania z Harrym, którego nie widział przeszło dziesięć lat. Był bardzo ciekaw, jak syn Lily i Jamesa wygląda, bo kiedy ostatni raz go widział, mieścił się w jego dłoni...
***
Trzeba przyznać, że Hagrid troszkę przesadził tam, w chatce. Świński ogonek?!? No cóż, Hagrid nigdy nie był subtelny, ale to było lekkie przegięcie według mnie. Gdybym to była ja, zafundowałabym Dudley'owi jakieś "sympatyczne" i długotrwałe zaklęcie. Może wyjątkowo uciążliwą wysypkę, albo coś podobnego... Ale nie świński ogonek.
Ale cóż mogłam poradzić? Nie miałam prawa pokazać się Dursley'om. Obiecałam Albusowi, a ja z reguły dotrzymuję obietnic...
Tak właśnie zaczęła się przygoda Pottera z magią - od świńskiego ogonka jego kuzyna. Przyznaję to było komiczne, bo teraz nic nie mogło go już odróżnić od świni, ale, jak już mówiłam, Hagrid przesadził...
niedziela, 25 maj 2008, 18:27 Listy, listy, listy...
Dursley sam się prosił. Mógł pokazać Harry'emu list. Ale nie, on go zniszczył. Następny przyniesiony przez listonosza też zniszczył.
Wtedy postanowiłam zorganizować akcję na większą skalę. Tym razem sowy zaatakowały dom numer cztery na Privet Drive. Pierwszego dnia przyszło siedem listów - wszystkie przez otwór na listy. Nie dotarły jednak one do adresata. Nie poddawałam sie jednak, nawet, gdy Dursley zlikwidował otwór w drzwiach.
Ale od czego jest komin? Sowy zaatakowały z zadziwiającą siłą. Setki, a nawet tysiące listów wlatywały przez komin. Choć jeden miał szansę trafić do rąk adresata... Nie trafił jednak, a przebiegły Dursley zamurował kominek, spakował rodzinę i wyjechał.
Listy dotarły również do hotelu, w którym się zatrzymali... Ale adresat nie otworzył żadnego z nich...
Natomiast Dursley'owie przenosili się z miejsca na miejsce... W końcu w przeddzień urodzin Pottera wprowadzili się do domku położonego z dala od ludzi, tam, gdzie nikt nie spodziewał się ich znaleźć.
W tym wypadku o doręczeniu listu przeze mnie mowy nie było. Nawet sowy nie miały szans - Vernon przezornie pozatykał wszystkie otwory... Czas było zrealizować plan B - wysłać tam Hagrida...
czwartek, 22 maj 2008, 19:04 Ten pamiętny lipiec...
Powoli minęły lata oddzielające przybycie Harry'ego do szkoły, w ciągu których pilnowałam go jak mogłam... Odwiedzałam Privet Drive pod dwiema różnymi postaciami - nieraz jako mała dziewczynka, innym razem w swej właściwej postaci. Dbałam, by chłopakowi nie stało się nic złego ze strony Dudley'a.
***
Nadeszło lato jedenastych urodzin Pottera. Na początku lipca Dumbledore wezwał mnie do siebie i powierzył mi misję.
- Dopilnujesz, aby Harry otrzymał list z wezwaniem do Hogwartu.
- Oczywiście Albusie - zwróciłam się po imieniu do dyrektora. - Myślisz, że tak łatwo go puszczą?
- No cóż, jak nie będą chcieli oddać Harry'ego po dobroci, użyjemy innych argumentów. Wyślemy tam Hagrida - na pewno sobie poradzi.
- Hagrida? Ależ Albusie nie uważasz, ze on jest nieco... - chciałam powiedzieć nieodpowiedzialny, ale przypomniałam sobie, że w podobnej rozmowie, wyraziła się w taki sposób Minerva. Poszukałam w swej pamięci stosownego odpowiednika - nie uważasz, że Hagrid jest za mało finezyjny do takiego zajęcia?
- Tu nie chodzi o finezję. Hagrid mam po prostu zrobić na nich odpowiednie wrażenie.
- Jak uważasz...
Wzięłam do ręki kopertę zaadresowaną szmaragdowym (ulubionym kolorem mojej siostrzyczki) atramentem i wyszłam z gabinetu.
***
Po drodze do Pottera, zawadziłam jeszcze o siedzibę rodową Diggorych. Namówiłam Cedrica by udał się ze mną. Zgodził się niechętnie.
***
Za pomocą sieci Fiuu dostaliśmy się do domu Arabelli Figg. Tam przebraliśmy się w mugolskie ubrania i ruszyliśmy w stronę Privet Drive 4.
- Myślisz, że Potter dostanie ten list?
- Nie wiem. Ale jak nie dostanie tego, to przyjdzie kolejny. Minerva na wszelki wypadek zrobiła sporo kopii. Zmarnowała na to sporo atramentu.
Stanęliśmy przed drzwiami domu z numerem 4. Nacisnęłam dzwonek. Po krótkiej chwili usłyszeliśmy sapanie i ciężkie kroki. To zbliżał się Vernon.
Wkrótce szczękną zamek i drzwi się otwarły. Ukazała się w nich ogromna twarz głowy rodziny Dursley'ów.
- Słucham.
- Dzień dobry. Pan jest Vernon Dursley?
- Tak. Ale kim do licha są państwo?
- Ta sprawa nie za bardzo nadaje się do rozmów w drzwiach - powiedział Cedric, a ja wiedząc o pewnej obsesji opiekunów Harry'ego dodałam: - Zresztą co powiedzieliby pańscy sąsiedzi?!?
Vernon spurpurowiał i zaprosił nas gestem do środka.
Kiedy już usiedliśmy w saloniku, zaczęłam:
- Przybywamy w sprawie pańskiego siostrzeńca...
- Nie mojego, ale mojej żony - przerwał nieuprzejmie Dursley.
- Powiem inaczej, przybywamy w sprawie Harry'ego Pottera. Mógłby go pan zawołać?
- Nie. Nie.
- Jak to?
- Nie zawołam go, a państwo stąd wyjdą. Jesteście państwo jednymi z nich prawda? Jesteście jednymi z NICH...
Czerwieniał coraz bardziej i bardziej. Uznałam, ze należy jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.
- Jak sobie pan życzy, panie Dursley, już wychodzimy.
Na stoliku do kawy położyłam kopertę, wyszliśmy.
Kątem oka dostrzegłam, że przez szparkę w drzwiach komórki pod schodami obserwowała mnie para oczu...
***
Później dowiedziałam się, że to Harry tam mieszkał. Jedenaście lat spędził w komórce pod schodami. Okropieństwo.
środa, 21 maj 2008, 16:31 Rodzna spod Privet Drive 4
Jak już wcześniej pisałam, gdy w Hogwarcie brakło mi zajęcia, udawałam się na Privet Drive i obserwowałam mieszkańców domu numer 4. Dziwna to była rodzina.
Vernon i Petunia rozpieszczali swojego synka Dudleya. Dudziaczka, jak go pieszczotliwie nazywali. Już w wieku dziecięcym miał on wyjątkowy talent do gnębienia innych. Upodobał sobie zwłaszcza swojego kuzyna - Harry'ego. Tak, tego Harry’ego, Harry'ego Pottera. Dręczył go nieustannie ze swoimi kolegami.
***
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Pottera, zdziwiło mnie, że ten mały i chuderlawy chłopaczek był klęską Voldemorta. Jednakże, gdy zaczęłam go obserwować, stwierdziłam, że jeśli otrzyma gruntowne wykształcenie magiczne może stać się potężnym czarodziejem. Tkwił w nim duży potencjał.
***
Był ładny, słoneczny, lipcowy dzień. Akurat wychodziłam od Arabelli Figg, kiedy usłyszałam wesoły śmiech dzieciarni. Jedno szybkie zaklęcie iluzoryczne i przed domkiem tej miłej charłaczki stała ośmioletnia dziewczynka.
Śmiech dochodził z podwórka domku numer 4 przy Privet Drive. Pobiegłam zobaczyć, co się tam dzieje. Oczywiście Dudley, wraz ze swoja bandą koleżków dręczył Pottera. Postanowiłam interweniować.
***
- Przepraszam - zawołałam w stronę Dudleya - mogę się pobawić?
Miniaturowa kopia Vernona, z rysującym się już drugim podbródkiem, spojrzała na mnie pogardliwym wzrokiem.
- Kim ty w ogóle jesteś?
- Przyjechałam tu z rodzicami, do mojej babci - gładko skłamałam. - I kiedy was usłyszałam, bardzo się ucieszyłam, że są tu jakieś inne dzieci oprócz mnie. To mogę się z wami pobawić? A tak w ogóle to w co wy się bawicie?
- Nie bawimy się z dziewczynami - odezwał się najlepszy kumpel Dudleya.
- A może wy w ogóle się nie bawicie? Może wy znęcacie się nad tamtym chłopcem - wskazałam na Pottera. W moich oczach pobłyskiwały gniewne iskierki
- Nad nikim się nie znęcamy - rzekł niepewnie mały Dursley.
- Na pewno? - moja iluzoryczna twarzyczka przybrała surowy wyraz. Oczy płonęły gniewem.
Kumple Dudleya raptownie się rozpierzchli, przypominając sobie, że ich rodzice prosili dziś o wcześniejszy powrót. Na podwórku zostaliśmy tylko ja, Harry i Dudziaczek. Również on przypomniał sobie o czymś ważnym i pobiegł do domu, pozostawiając mnie sam na sam z Potterem.
- Nic ci nie jest? - zapytałam.
- Nie.
Skoro nic mu nie było, to odwróciłam sie na pięcie i odeszłam.
***
Od tamtego czasu Dudley rzadko kiedy odważył się znęcać nad Harrym. Widocznie bał się, że ktoś kiedyś znów go na tym przyłapie...
wtorek, 20 maj 2008, 19:31 W oczekiwaniu na Harry'ego Pottera
Trzy lata miały minąć, zanim on, słynny Harry Potter, przybędzie do Hogwartu. Trzy lata oczekiwania musiałam czymś sobie wypełnić. I wypełniłam - śledziłam wydarzenia w świecie magii i poza nim, uzupełniałam wiedzę z zakresu czarnej magii, wypełniałam luki w mojej wiedzy historycznej. Miałam czas na dogłębne przeanalizowanie istoty Lorda Voldemorta (imię Sami-Wiecie-Kogo nie przepełniało mnie lękiem nigdy). Poznałam jego dzieciństwo, bez trudu odgadłam motywy jego działań.
Czasem, gdy nie miałam zajęcia, odwiedzałam Privet Drive i przyglądałam się rodzinie spod numeru 4. Dziwna to była rodzina (ale szerzej o niej na dalszych kartach pamiętnika).
Ups, przecież nie powiedziałam, gdzie mieszkałam przez te trzy lata... Ale ze mnie gapa. No cóż, Minerva znalazła mi wygodną i w ogóle nieużywaną wieżyczkę w południowo-wschodniej części zamku. Wejście do niej przesłonięte było gobelinem, ukryte też za iluzją ściany. Wygodna wieża z dwoma pokoikami, salonikiem i łazienką zupełnie mi wystarczyła. W jednym pokoiku urządziłam sobie sypialnię, drugi posłużył mi jako gabinecik. Było całkiem przytulnie. A poza tym w moim skromny mieszkanku w wieży zrzucić iluzoryczne pozory i nacieszyć się właściwym wyglądem.
***
Czasem w wieży odwiedzał mnie Cedric. Niezbyt często, by nie wzbudzić podejrzeń, oczywiście. Cieszyły mnie bardzo te spotkania. Chociaż niestety te wizyty były krótkie i nie dostarczały tyle radości, ile mogły dostarczyć w nieco innych okolicznościach. Nie narzekałam jednak, bo wiedziała, że na razie taki mój los.

poniedziałek, 19 maj 2008, 15:18 Hufflepuff
Minął czerwiec, minęły wakacje, zaczął się nowy rok szkolny. Ja jednakże nie rozpoczęłam w tamtym momencie nauki szkolnej. Wyczekiwałam na pewną wyjątkową osobę. Odwlekałam swoje wkroczenie na scenę, w oczekiwaniu na... no cóż powiem od razu - czekałam na Harry'ego Pottera. Wiele do moich uszu dotarło plotek na jego temat.
Natomiast towarzysz mego życia, w tymże roku powrócił w hogwarckie mury. Powrócił pod postacią (równie iluzoryczną jak moja), jedenastoletniego chłopca o wyjątkowo prostym nosie. Chłopca imieniem Cedric Diggory.
Pamiętam jak dziś jego ceremonię przydziału. Kilkadziesiąt małych, wystraszonych młodych czarodziejów. I on, jeden jedyny, który nie okazywał strachu. No cóż, nie było to jego pierwsze spotkanie ze starą Tiarą Gryffindora.
Mijały minuty, topniał tłum pierwszoklasistów, minęły litery, B i C, nadeszła D...
* * *
- Diggory, Cedric - rozległ się głos mojej siostry, Minervy.
Z szeregu wystąpił szczupły, kasztanowłosy chłopiec. Ludzkie oko oceniłoby go na jedenaście lat. Moje jednak oczy przenikały iluzję i widziały jego prawdziwą postać. Widziałam tego mężczyznę, który towarzyszył mi od wielu, wielu wieków. Widziałam tę dumną postawę, te szerokie ramiona... Ale dość. Miałam mówić o jego przydziale, a zaczęłam się rozwodzić nad jego wyglądem. Zapomniałam się, przepraszam.
Cedric pewnym krokiem podszedł do stołka, usiadł na nim, ledwo nałożył Tiarę na głowę, wykrzyknęła:
-Hufflepuff!
Innej opcji nie było. Cedric ilekroć rozpoczynał naukę trafiał w szeregi Hufflepuffu.
Przy stole Puchonów powitała go gromka owacja.
Obserwując tę scenę uśmiechałam się w duchu na myśl o przyszłej rywalizacji...
 
sobota, 17 maj 2008, 20:10 o moim pochodzeniu i rodzinie.
Nie jestem człowiekiem. Dlatego, nie zdziwcie sie, kiedy wam powiem, że kila razy próbowałam ukończyć Hogwart. Jednakże poza ostatnim moim razem - kiedy mi się to wreszcie udało, zawsze ważniejsze sprawy wzywały mnie do mojego ojczystego wymiaru.
Zapytacie zapewne: kim jesteś? I skąd pochodzisz? dlaczego chcesz uczyć się na naszej prześwietnej uczelni?
Odpowiem: Jestem elfką, lecz przybyłam tu by zgłębić wiedzę na temat ludzkiej magii.
Pierwszy raz do Hogwartu wstąpiłam pod prawdziwym imieniem, za czasów, kiedy Złożycielska Czwórka jeszcze w zgodzie zarządzała ta uczelnią. Przeszło tysiąc lat temu pierwszy raz przekroczyłam progi tego zamku. Dla was zda się to niezwykle dalekim i dawnym wydarzeniem, dla mnie jednakże te tysiąc lat to zaledwie dwudziesta część mojego długiego życia.
Nie udało mi się wtedy ukończyć Hogwartu. Ponawiałam próbę co najmniej raz na sto lat.  Od XII w. występowałam jako Mortycja McGonagall. Latorośl dalekich krewnych głównej linii. Dziecko dawno zaginionych kuzynów  i kuzynek. Jeśli znaleźlibyście rodowe kroniki McGonagallów, zobaczylibyście pewną prawidłowość. Raz na sto lat pierwszego dnia roku rodziło się dziecko, któremu nadawano imię Mortycja. Dowiedzielibyście się, że to rodzinna tradycja.
Nie prawda - te wszystkie Mortycje to tak naprawdę jedna osoba - ja.
Nie tylko ja jedna z mojej rasy podejmowałam próby zgłębienia tajników waszej magii - nieraz wraz ze mną pojawiał się towarzysz mojego długiego życia, najbliższa mi osoba.
Ale wracając do mnie, ostatnią próbę podjęłam niedawno. Około osiemdziesiąt lat temu, zmarła ostatnia osoba, która nosiła nazwisko McGonagall. I wtedy na scenę wkroczyła moja rodzina. Dokładnie: mój ojciec, który podał się za potomka dawno zaginionego kuzyna zmarłej. Uzyskał spadek i zamieszkaliśmy w rodowej siedzibie w północnej Anglii.
Razem z rodzicami przybyliśmy my - ja, Minerva i Max. Mimo, iż byłam najstarsza, to Minerva i Max zaczęli wcześniej edukację. Ja miałam na swojej głowie jeszcze sprawy niezwiązane z edukacją.
Minęło wiele lat, zanim się z nimi uporałam. w tym czasie i Max, i Minerva ukończyli akademię. Minerva pozostała w Hogwarcie by wykładać. To było jakieś pięćdziesiąt parę lat temu. Całkiem niedawno (kilkanaście lat temu) udało mi się z sukcesem zakończyć wszelkie sprawy uniemożliwiające mi powrót do Hogwartu, wtedy to mogłam zająć się edukacją. Jednocześnie udało mi się namówić towarzysza mego życia, do ponownego wstąpienia w szeregi uczniów Hogwartu. Nie powiem, że zgodził się z ochotą, ale nie protestował.
Uzgodniliśmy, że wstąpię nieco później niż on. Tak więc, gdy nadszedł rok jego przyjęcia, zostałam odesłana do Minervy, jako, że rodzice wyjeżdżali do Maxa. Zamieszkałam w Hogwarcie.
Do zamku przybyłam jeszcze przed końcem czerwca. Trzeba wyznać, że gdyby ktokolwiek miał przy sobie wtedy fałszkop, przekonałby się, że coś ukrywam. Jasne, ukrywałam - swój prawdziwy wiek i wygląd. Moje prawdziwe ja ukryłam pod grubą zasłoną iluzji, a  wyglądałam jak ośmioletnia dziewczynka.
Pierwsza myśl, jaka mnie nawiedziła, gdy przekroczyłam wtedy próg Hogwartu? O Bogowie, tu nic się nie zmieniło!
Tak rozpoczęła sie moja ostatnia przygoda z Hogwartem.
sobota, 17 maj 2008, 17:46 troszkę o mnie
Witajcie. Nazywam się Mortycja McGonagall... Kojarzycie nazwisko? To miło, że znacie moją siostrę Minervę. Teraz czas, żebyście poznali mnie.
Dla obecnych uczniów Hogwartu chyba jestem postacią mityczną - kimś takim jak założyciele naszej uczelni, albo jak Merlin. Jeszcze dwa czy trzy lata temu uczyłam w tej szkole. Również niedawno ją ukończyłam...
W moim pamiętniku chciałabym pokazać, jak bardzo ta zawistna i bezwstydna Rowling kłamie. Otóż prawda jest taka, że nasza droga pani J.K. Rowling, nie wymyśliła historii Harry'ego Pottera. Nie, to nie była literacka fikcja. Pani Rowling otrzymała moje pamiętniki z pobytu w Hogwarcie i tak je pozmieniała, że gdybym zgłosiła się do mugolskiego sądu z posądzeniem o plagiat, to i tak bym przegrała.
Chcę wam przedstawić najszczerszą prawdę o wydarzeniach, które znacie z Harry'ego Pottera.
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Księga gości
 
Toplisty blogów, na których umieszczony jestm Pamiętnik MortycjiM. Nie bójcie się kliknąć.
spoxagulka.toplista.pl/
fanfiction.najlepsze.net/
dorris8.toplista.pl/
strony-potterowskie.top-100.pl/
hp-fanfiction.toplista.pl
potter-ff.topka.pl
magicznedziewczyny.najlepsze.net
http://hermione-granger.topka.pl/
http://diaryhogwart.topka.pl/

Oddaj głos na mojego bloga!
Aktualna liczba głosów:
 
269
Oddaj głos na szablon!
Aktualna liczba głosów:
 
18124
Zobacz serwisy INTERIA.PL